PROLOG
Myśl, człowieku, myśl!
Droga krajowa numer trzydzieści dwa wiła się pomiędzy sosnowymi lasami, które rozbłyskały niczym flesze po kolejnych wściekłych uderzeniach błyskawic. Świetliste macki raz za razem rozłaziły się po niebie niczym ramiona jakiejś gigantycznej ośmiornicy próbującej przedostać się do tego świata.
Masz przejebane! Masz, kurwa, przejebane! Coś ty narobił, człowieku?!
Mężczyzna spojrzał na bosą kobietę skuloną w fotelu pasażera. Była tylko w majtkach i jego bluzie. Twarz chowała w kapturze, dłonie trzymała przy brodzie, jakby za wszelką cenę chciała zakryć usta. Drżała.
Głośny klakson i oślepiający blask reflektora sprawił, że mężczyzna gwałtownie szarpnął kierownicę. Tył samochodu nieco zarzuciło, ale przynajmniej uniknął czołówki z nadjeżdżającym z naprzeciwka busem. Przy tej prędkości nie byłoby czego zbierać. Wytarł ręką pot z czoła, ale nie zdjął nogi z gazu.
Popełniłeś przestępstwo. Za to, co zrobiłeś, na bank odwieszą ci zawiasy i znów pójdziesz siedzieć. Kolejna recydywa. Przynajmniej dziesięć lat. Kurwa mać!
Dyszał ciężko, serce łomotało mu w piersi. Kolejne pioruny waliły wściekle, pajęczyna błyskawic rozświetlała niebo, a korony drzew uginały się pod naporem wichury. Z niezdrową fascynacją ponownie zerknął na podkurczone nagie nogi pasażerki i poczuł, że znów zbiera mu się na wymioty.
Skąd pewność, co powie na policji? Żadna! Odpowiesz za to. Na pewno!
Wskazówka prędkościomierza pokazywała, że jedzie sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Zarzynany silnik starej mazdy wył, narzędzia w bagażniku tłukły się przy każdym ostrzejszym zakręcie. Młotek, cęgi, piła do metalu, palnik acetylenowy i masa innych, które można wykorzystać na wiele sposobów. Ta myśl spowodowała, że znów spojrzał na nagie uda pasażerki. Zacisnął palce na kierownicy. Jego bagażnik był jednym wielkim dowodem winy.
Nie odpuszczą ci i będziesz siedział. Prokurator tego dopilnuje. Jesteś złodziejem i bandytą. Nikt ci nie uwierzy! Nikt, kurwa!
W oddali zza zakrętu wyłonił się tir. Miał mocne reflektory, które oświetliły siedzącą obok kobietę. Gdy pojazdy się mijały, jasna wiązka omiotła jej dłonie i fragment skrytej pod kapturem twarzy. Zacisnął zęby i zaklął pod nosem. Źle zrobił. Nie przemyślał tej decyzji, a teraz jest już za późno. Cokolwiek zrobi z niechcianą pasażerką, prędzej czy później przyjdzie mu za to zapłacić. Nie wywinie się. Dopadną go i trafi za kratki.
Gdy minął skręt w drogę pożarową, przez głowę przeleciała mu pewna myśl. Nagle stała się bardzo kusząca. Miał w bagażniku łopatę. Poradziłby sobie w godzinę, może dwie. Miał w tym doświadczenie. Zdążył odpokutować. Dwanaście lat w ciężkim więzieniu w podwrocławskim Wołowie to był trudny czas. Ale dał radę. Łza w kąciku lewego oka przypominała mu o tym każdego dnia.
Niebo znów rozbłysło świetlistą pajęczyną, chwilę później piorun gruchnął tuż nad jego głową. Był potężny, ogłuszający. Kobieta szarpnęła się gwałtownie, a następnie podkurczyła nogi do klatki piersiowej i schowała głowę między kolana. Nie miała zapiętych pasów.
Mężczyzna przygryzł dolną wargę z taką siłą, że poczuł w ustach metaliczny smak krwi. Musiał podjąć decyzję. Trzeba było coś z nią zrobić. Od miasta dzieliło go nie więcej niż dwadzieścia kilometrów. Po drodze kilka wsi. I sporo lasu.
Zwolnił, kiedy wjechał na teren zabudowany, a gdy minął ostatnie gospodarstwo, znów docisnął pedał gazu. Obrzucił spojrzeniem pasażerkę. Jadące z naprzeciwka samochody rzuciły światło na jej skrytą pod kapturem twarz.
– Powiesz coś w końcu? – zagadnął, nie spuszczając wzroku z przedniej szyby.
Zero reakcji. Od momentu gdy wsadził ją do samochodu, nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nie umiał ocenić, czy w ogóle kontaktuje.
– No mów coś, do jasnej cholery! – warknął.
W lusterku wstecznym ujrzał reflektory jakiegoś sportowego samochodu. Lekko spuścił nogę z gazu i pozwolił się wyprzedzić. Kątem oka dostrzegł, że kobieta obróciła się do niego plecami. Skuliła się jeszcze bardziej, teraz wyglądała jak przerośnięty embrion.
– Kurwa mać! – syknął i trzasnął dłońmi w kierownicę, a potem jeszcze raz i jeszcze.
Zredukował bieg i wcisnął gaz do dechy, żeby wyprzedzić SUV-a. Silnik zawył żałośnie. Niebo znów rozbłysło, huknął grom. Pozbyć się jej czy nie? Skręcić w las czy nie? To nie zajmie mu wiele czasu. Powinno być jakoś po północy. Wyrobi się do drugiej. Sięgnął po telefon, aby się upewnić.
Zaczął macać okolice wnęki, gdzie odłożył urządzenie, ale nie wyczuł pod palcami znajomego kształtu. Zerknął w to miejsce. Przejechał dłonią po skórzanym wgłębieniu przy dźwigni skrzyni biegów, ale telefonu nie było. Wtedy kątem oka dostrzegł przebijający spod kaptura blask wyświetlacza.
– Ty suko! – warknął, chwytając kobietę za rękę.
Wyrwała mu się. Mówiła coś. Musiała już nawiązać połączenie. Chwycił ją raz jeszcze, klnąc szpetnie. Kazał jej natychmiast oddać telefon, ale ona obróciła się i ugryzła go w rękę. Wrzasnął z bólu i puścił ją, lecz chwilę później ponowił próbę odzyskania urządzenia. Musiał ją powstrzymać za wszelką cenę. Nie chciał trafić do więzienia. Nigdy więcej!
Gdy po raz trzeci spróbował jej wytrącić z ręki telefon, skupił wzrok na kobiecie o ułamek sekundy za długo. Nie dostrzegł, że właśnie wjeżdża w ostry łuk, a gdy się zorientował, było już za późno. Gwałtowne odbicie kierownicy nie pomogło, koła złapały pobocze, a on stracił panowanie nad pojazdem. Samochód ściął słupek, wypadł z drogi i z potężnym impetem uderzył w pierwsze napotkane drzewo.
Ostatnie, co zarejestrował jego umysł, to ciało kobiety, które wylatuje przez przednią szybę. Potem jego głowa roztrzaskała się na kawałki i nie rejestrował już nic.
Zaraza
Po tym, jak cudem uszedł z życiem z zasadzki psychopatycznego mordercy, Igor Brudny powoli i z trudem dochodzi do siebie. Świat, w którym się obudził, nie jest już jednak taki sam. Komisarz musi trzymać się z dala od Warszawy, a zielonogórski zespół inspektora Romualda Czarneckiego już nie istnieje. Ale przynajmniej dawna partnerka Brudnego, Julia Zawadzka, wciąż jest przy nim....
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio