Kiedy miałam trzydzieści lat, siedziałam w restauracji z przyjaciółką, która długo się zastanawiała, co chce zjeść. „Czy mam ochotę na coś mącznego? Może jednak na coś z mięsem. A może zupę...” Ona też miała trzydzieści lat, a ja nagle pomyślałam, że jest stara.
Rozmarudzenie pomieszane z troską o siebie, traktowanie siebie z nową ostrożnością i powagą uznałam za pierwszy objaw starości.
Potem było dziesięć lat przerwy.
Aż pewnego dnia w sklepie zoologicznym, gdzie zwykle wpadam po kocie żarcie, stanęłam koło akwarium. Zaciekawił mnie widok gupików i innych lśniących stworzeń. Miałam chaotyczne myśli, popadłam w nietypową zadumę bez puenty, uczucie puste, które, jak się później okazało, jest objawem starości.
Zainteresowanie przyrodą, jeśli przedtem nie leżało w czyjejś naturze, to drugi sygnał, że proces starzenia właśnie się zaczął. Trzecim jest zmienianie pasa bez kierunkowskazu, bo nic nie jedzie. Czwartym – gdy oglądacie film na Netfliksie, a w połowie przychodzi ośmioletnie dziecko i mówi: „Już to widzieliście”.
(W tej książce dziecko będzie coraz starsze).
Innym objawem początku starości jest czułość, jaką budzą w nas skromne lub brzydkie prezenty: długopis, kubek, rysunek od dziecka znajomych. Rzeczy, które kiedyś wyniosłabym do piwnicy, zaczynają wywoływać dziwną wdzięczność i tkliwość. Jak przyjemnie jest pisać tym brzydkim długopisem! Jak miło pić z kubka od studenta! Przyczepię sobie ten rysunek dziecka sąsiadki do lodówki. Jakbyśmy się lepiej rozgościli w życiu i jakby te rzeczy nadawały nam jakąś rangę.
Czy zasada tej zmiany jest prosta (są to dowody tego, że ktoś o nas myśli), czy tkwi w tym jakaś komplikacja – nie wiem. Dlaczego w młodości nie celebrujemy przypadkowych darów, a z czasem nabierają one wartości? Nie ma przecież prawa, według którego człowiek z wiekiem staje się coraz bardziej sentymentalny.
Gdybym miała używać metaforyki kuchni pięciu przemian, gdzie występują głównie dwie kategorie: wychłodzenie i ocieplenie, uznałabym, że w starości chodzi o stopniowe ocieplenie.
Symptomem początku starości może być też utyskiwanie na kota. „Nie zjadła?”, „Znowu nie zjadła”, „Ona nic nie je”, „Przedtem to lubiła, a teraz nie chce”, „Oszaleć można”. I tak dalej, i tak w kółko. Młodzi ludzie nie mówią w ten sposób. Przychodzi jednak moment, w którym zaczynamy takie przemowy i powoli stają się one rytuałem.
Kot, a być może też inne zwierzę, skutecznie przyciąga naszą uwagę, nie pozwalając nam na konfrontację z bezsensem życia.
Uświadomiłam to sobie u ojca podczas wigilii, gdy mój wzrok, przyzwyczajony do wodzenia za trzema kotami, padał na ściany i meble opuszczonego domu, w którym obserwacja kota jako źródła nieprzewidywalności nie stwarzała w umyśle warstwy ochronnej. W takim domu bezsens życia i świadomość jałowości starań łatwiej przekradają się do umysłu.
W końcu zaczynamy mówić do zwierzęcia domowego głosem milszym niż do własnego dziecka. „Kogo mama kocha najbardziej?”, „Mama kocha Usia najbardziej”, „Kto jest najpiękniejszym kotem na świecie?” I znowu: „Mama kocha Usia najbardziej” – płynne przejście, w iMovie byłoby to „rozmycie”. Zasysający monolog wypowiadany pieszczotliwie, który zapewnia oparcie w codzienności – kobieca wersja starości jako zjednoczenia ze zwierzęciem, podczas gdy męską wersją jest utyskiwanie „nie zjadła”.
Z wiekiem kontakt z przyrodą niebezpiecznie się pogłębia. Można odczuć natarczywą i nieubłaganą potrzebę karmienia zwierząt. Zaczyna się niewinnie – karmimy ptaki ziarnami ze sklepu. Z czasem pojawia się potrzeba systemu. Które ptaki co lubią najbardziej? Tu nasypię słonecznika, tam pszenicy, zobaczymy, gdzie ich więcej przyleci. Obserwowanie ptaków i ten specjalny rodzaj zadowolenia – to nagroda.
Potem dochodzi kwestia mięsa. Mięsa, jak wiadomo, podobnie jak cytrusów, nie można wyrzucać do kompostu, ale starszy człowiek nie wyrzuci resztek do kosza. Może ktoś zje te kości?
Mój ojciec twierdzi, że ma w ogródku zaskrońca i jeża. Zostawia im mięsne ścinki koło kompostu i one to lubią. Zawsze słuchałam tych opowieści dosyć znudzona. Kto wie, kto zje resztki? Może mysz? A może nornica?
Przywykłam do tego, że umysł ojca wypełniają korowody małych stworzeń. Aż pewnego dnia sama wyniosłam szyję indyka i położyłam koło kompostu. Nie jestem jednak dość stara, by sprawdzić, czy ktoś ją zjadł. Ta forma ciekawości, kto ją zjadł, oraz satysfakcji, że ktoś się nią pożywił, jeszcze we mnie nie wykiełkowała.
W ogóle zmieniają się źródła satysfakcji i nakarmienie kogoś jako dobro i jako skuteczna utylizacja resztek daje przyjemność większą niż dawniej.
Ludzie w średnim wieku zwracają uwagę na pory roku i kwitnienie roślin zupełnie inaczej niż młodzi. Być może skupienie na przyrodzie jako na teraźniejszości pełni funkcję ochronną, a być może to wszystko – życie – naprawdę staje się bardziej zajmujące – misterne i kruche.
Potem nadchodzi czas wysyłania znajomym zdjęć tego, co tak pięknie zakwitło w ogrodzie. Niektórych ogarnia namiętność rozmnażania kwiatków doniczkowych. U innych pojawia się tkliwość na widok chwastów przy torach, źdźbeł trawy między płytami chodnika, nawłoci. Siła i żywiołowość obojętnej kiedyś czwartej przyrody budzą jakiś nowy zestaw uczuć. „Świetnie sobie poradziłaś, trawko”. Jakby empatia się rozlewała.
Do „młodej starości” należy moment, gdy dotychczas zdrowy człowiek zaczyna chodzić po lekarzach i, nie mogąc się z tym pogodzić, szyfruje daty wizyt w kalendarzu. Wpisuje inicjały, tajemnicze słowa, a nawet nazwę kina, gdy nie chce napisać „okulista”, „internista” – tych wszystkich słów, które przedtem nie występowały w jego słowniku.
Dyskrecja i zakłopotanie są tym cenniejsze, że już niedługo znikną: niewidzialne dotąd ciało, służące przede wszystkim do przyjemności, stanie się głównym bohaterem życia. Opowieści o nim i troska będą ważnym tematem. Przychodzi tajemniczy czas zmiany perspektywy, gdy tracimy poczucie zakłopotania i możemy zacząć mówić o ciele. Że ono, ciało, miało tomografię – my mieliśmy tomografię. Początkowo jednak chore, słabnące ciało to tabu. Nie jest zbyt seksowne, a seksowność to kategoria, która organizuje większość dorosłego życia.
Jest też pewien moment przejściowy, gdy rodzic mówi ci, jakie ma ciśnienie, a ty nic z tego nie rozumiesz. Tureckie kazanie! Co jest w tym uczuciu? Znudzenie połączone z lękiem. Trzeba się będzie tego nauczyć i zaoszczędzić na te liczby resztki koncentracji. Sto sześćdziesiąt na dziewięćdziesiąt – do pewnego czasu nic nam to nie mówi, a chwila, w której to się zmienia, jest wyrazista. Poezja tych słów, szmer czystej polszczyzny: sto osiemdziesiąt na dziewięćdziesiąt, jakby balon ulatywał, a ty go ściągasz na ziemię, swobodne dotychczas życie – ukorzenione.
Potem w nagrodę można dostać własną książeczkę do wpisywania pomiarów ciśnienia – połączenie matematyki z intymnością, i można się w tych pomiarach rozsmakować. Wpisywanie wyników, fluktuacja zmian – to wszystko odrywa się od pierwotnego sensu i zaczyna stanowić abstrakcyjną przyjemność. Własna mała książeczka, jakby dzienniczek ucznia.
Kiedyś każdy będzie musiał przywieźć komuś ubrania i bieliznę do szpitala. Albo o to poprosimy, albo sami zostaniemy poproszeni. Wyobrażam sobie wszystkie szuflady świata nagle otwarte.
Ludzie często doświadczają go w początkowej fazie starości, około czterdziestego roku życia. Podobno trzynastoletnie koty przechodzą kryzys zdrowotny i jeśli się nimi wtedy dobrze zajmiemy, pożyją jeszcze bardzo długo. Tak też jest koło czterdziestki z przyjaźnią.
To czas, w którym ludzie nie mają złudzeń co do swojego życia, zawartości szczęścia w konstelacji rodzinnej, rangi sukcesu, skali porażki. I nagle świadek tych wszystkich doświadczeń i niespełnień, nasz stary przyjaciel, staje się niewygodny. Stary przyjaciel zbyt dobrze wie, co nam nie wyszło, jak miało być, a jak nie jest, nie chcemy ani jego osądu, ani współczucia. Starzejąc się, wolimy, żeby nikt nas nie rozliczał: miałeś być tłumaczem w Parlamencie Europejskim, a pracujesz w T-Mobile.
W tym samym czasie zadzierzgają się między ludźmi dziwnie nabrzmiałe – musiałam użyć tego słowa – relacje. Składają się one z mieszaniny współczucia i zazdrości. Są oczywiście i inne składniki, ale te dwa dominują. Współczucie może dotyczyć jednego aspektu życia, zazdrość – innego. Jak przenikliwie powiedział Kant: „W nieszczęściach naszych najlepszych przyjaciół jest coś takiego, co nie całkiem jest nam niemiłe”[1].
Innym powodem straty przyjaciela bywa brak zmiany. Zdarza się, że przyjaciel popada w dogmatyzm, przewidywalność. Trudno znieść ten brak rozwoju u kogoś, kogo kochamy, nie da się o tym rozmawiać. Jak wyrazić tak ekskluzywne pretensje: „Dlaczego ciągle myślisz to samo?”.
Jeszcze innym powodem kryzysu przyjaźni koło czterdziestki są mroczne sekrety, które wtedy pojawiają się w wielu rodzinach. Każdy mroczny sekret da się umieścić na osi mroczności. Gdzieś pośrodku są porażki dzieci, o których można rozmawiać z przyjaciółką, dalej są kryzysy małżeńskie, na końcu jest zdrada. Niektórzy ludzie są przekonani, że wyjawianie sekretów rodzinnych jest nielojalne wobec metafizycznie rozumianego „domu” i że rozmowa utrudni „naprawę rodziny”. Ale sekrety wagi średniej należy zdradzać, bo często substancją przyjaźni jest wymiana cierpienia i pocieszenia. Gdy jednak zdradzamy średnie sekrety, a zatajamy naprawdę wielkie, kosztuje nas to dużo energii i tracimy czas. Przyjaźń wtedy ulega zawieszeniu.
Potem sekrety tracą swoją aktualność, nieszczęścia – intensywność i przyjaźnie mogą odżyć jak zaopiekowane trzynastoletnie koty.
[...]
Mała empiria
Skłonność do wzruszeń byle czym, poczucie, że wszystko jest trochę anachroniczne, wysyłanie życzeń dalekim krewnym, tkliwość na widok wyrastających spod chodnika źdźbeł trawy, ględzenie i zapominanie, wspominanie i kolekcjonowanie sumy dobra, dokarmianie ptaków i wynoszenie resztek jedzenia na kompost z nadzieją, że jakieś małe zwierzę je zje.„Rozmarudzenie pomieszane z troską...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book