Dill się zarumienił, a Jem kazał mi milczeć, co niechybnie oznaczało, że Dill został przezeń dostatecznie sprawdzony i zaakceptowany. Resztę lata spędziliśmy na uprawianiu typowych przyjemności, to jest: przebudowując domek usytuowany w konarach wielkich miodli, które rosły na naszym podwórzu, awanturując się i przerabiając listę dramatów podwórkowych opartych na dziełach Olivera Optica, Victora Appletona i Edgara Rice’a Burroughsa. Dobrze, że był z nami Dill – odgrywał w tych inscenizacjach role, które dawniej należały do mnie: był małpą w Tarzanie, panem Crabtree w The Rover Boys czy panem Damonem w Tomie Swifcie. Stał się naszym kieszonkowym Merlinem z głową pełną ekscentrycznych pomysłów, dziwacznych tęsknot i osobliwych upodobań.
Jednakże pod koniec sierpnia nasz repertuar stracił na atrakcyjności od nadmiaru przedstawień i właśnie wtedy Dill podsunął nam pomysł wywabienia Boo Radleya.