Domostwo Radleyów fascynowało Dilla. Mimo naszych wyjaśnień i ostrzeżeń przyciągało go jak Księżyc wodę, choć jedynie do narożnej latarni, w bezpiecznej odległości od bramy posesji. Stawał przy niej, obejmował ramionami gruby słup i patrzył w zamyśleniu.
Posesja Radleyów wcinała się ostrym zakrętem za nasz dom. Idąc na południe, dochodziło się do ganku; chodnik skręcał tam i biegł dalej wzdłuż podwórka. Dom był niewysoki i niegdyś biały; miał rozległy ganek i zielone okiennice, ale całość dawno już pociemniała, dostosowując się do szarości otoczenia. Zbutwiały od deszczu gont zwieszał się nisko nad werandą; rozłożyste dęby nie dopuszczały do niej słońca. Chwiejne resztki ogrodzenia strzegły nigdy nie zamiatanego podwórka przed domem, bujnie porośniętego dzikimi trawami i tytoniem.