Dill był osobliwy. Nosił niebieskie lniane szorty przypięte do koszulki; jego białe jak śnieg włosy przylegały do głowy jak kaczy puch; choć rok młodsza, byłam odeń wyższa. Gdy snuł swą opowieść, jego błękitne oczy na przemian zapalały się i ciemniały, a jego śmiech był nagły i pełen radości. Odruchowo pociągał wciąż za kosmyk włosów, sterczący mu nad czołem.
Gdy Dill starł już Draculę na proch, a Jem orzekł, że film musi być lepszy od książki, spytałam Dilla, gdzie jest jego ojciec.
– Nawet o nim nie wspomniałeś.
– Nie mam ojca.
– Umarł?
– Nie…
– Skoro nie umarł, to musisz go mieć, tak czy nie?