– Może byś tu przelazł, Charlesie Bakerze Harrisie? – zagadnął po chwili. – Boże, ale cię nazwali.
– Nie śmieszniej niż ciebie. Ciocia Rachel mówi, że nazywasz się Jeremy Atticus Finch.
Jem spojrzał na niego spode łba.
– Do mnie to pasuje, bo jestem duży – skwitował. – A ty jesteś krótszy od własnego nazwiska.
– Mówią na mnie Dill – odrzekł mu Dill, z trudem przeciskając się pod siatką.
– Lepiej górą niż dołem – doradziłam. – Skąd jesteś?
Dill pochodził z Meridian w Missisipi, spędzał lato u cioci Rachel i od tej pory miał się pojawiać w Maycomb co roku o tej porze. Jego rodzina pochodziła z naszego hrabstwa. Matka Dilla, która pracowała u fotografa w Meridian, wystawiła jego zdjęcie w konkursie „Piękne dziecko” i wygrała pięć dolarów. Oddała nagrodę Dillowi, a on wydał wszystko, by dwadzieścia razy pójść do kina.
– Tu nie puszczają porządnych filmów, tylko czasem o Jezusie, w gmachu sądu – powiedział Jem. – Widziałeś coś ciekawego?
Dill widział Draculę. To wystarczyło, by Jem zaczął spoglądać na niego z namiastką szacunku.
– Opowiedz nam – rozkazał.