Właśnie tamtego lata przyjechał do nas Dill.
Raz wczesnym rankiem, gdy zaczynaliśmy zabawę na podwórzu, usłyszeliśmy z Jemem jakiś dźwięk dobiegający z okolic grządki jarmużu w ogrodzie naszej sąsiadki, panny Rachel Haverford. Podeszliśmy do drucianej siatki, żeby sprawdzić, czy to nie szczeniak – rat terrierka panny Rachel spodziewała się młodych – a tymczasem zobaczyliśmy, że ktoś tam siedzi i patrzy w naszą stronę. W tej pozycji nie był wiele wyższy od kapuścianych liści. Spoglądaliśmy na niego, aż powiedział:
– Hej.
– Hej – odparł przyjaźnie Jem.
– Nazywam się Charles Baker Harris – rzekł nieznajomy. – Umiem czytać.
– Co z tego? – spytałam.
– Pomyślałem, że to was zainteresuje. Bo jeśli macie coś, co trzeba by przeczytać, mogę to zrobić…
– Ile masz lat? – spytał Jem. – Cztery i pół?
– Prawie siedem.
– No to nic dziwnego – odparł Jem, kciukiem wskazując na mnie. – Ta mała, Skaut, czyta od urodzenia, a jeszcze nie chodzi do szkoły. A ty nie za duży jesteś, jak na prawie siedem.
– Jestem mały, ale stary.
Jem odgarnął włosy, by przyjrzeć mu się lepiej.