Przymrużyła oczy i wodziła wzrokiem po starych brzozach i smukłych sosnach, połamanych jak zapałki.
Wrzesień przyniósł zimne noce i nieprzyjemne deszcze. Wiatr gnał po wiatrołomach, szarpiąc koronami drzew, które zamiast piąć się w górę, ku niebu, w agonii chłostały ziemię.
Przytrzymując papieros w ustach, policjantka próbowała zapiąć kurtkę na suwak, ale zapomniała, że zamek się popsuł. Odpuściła. Opatuliła się szczelniej połami kurtki i oparła o karoserię wysłużonej toyoty corolli w wersji kombi, nieoznakowanego radiowozu. Spojrzała na Olgierda Borewicza.
Ksywa „Zero Siedem” przylgnęła do niego na komendzie ze względu na nazwisko, które zapisało się złotą czcionką w PRL-owskiej popkulturze. W niczym jednak nie przypominał swego serialowego odpowiednika.