Brednie, brednie, mózg na czworakach, trzęsienie ziemi w głowie. Balkon? Niemożliwe, ma zbyt słabe dłonie, by otworzyć. Stanęłam w drzwiach pokoju i raptem zobaczyłam ją. Siedziała w oknie, niemal zupełnie przesłonięta storą, i ze spokojem patrzyła w niebo. Zahipnotyzowana, jakby zatrzymał ją księżyc. Zakręciło mi się w głowie, za dużo drinków z adrenaliny. Uklękłam i czekałam, aż szum, stary kompan, odpuści. W ciąży leżałam z zepsutym radiem w głowie, dopiero na finiszu dali mi lek, który wyregulował pokrętło, ale nigdy do zakresu ciszy. Wzięłam taboret i przycupnęłam pod parapetem. Nie zwracała na mnie uwagi dłuższą chwilę. W końcu zagadnęłam głosem kogoś innego, może sąsiadki spod piątki:
– Niebo jest dzisiaj bardzo piękne.
Spojrzała na mnie przytomnie:
– Niebo jest śmieszne.
– Bo…?
– Niebo jest śmieszne – powtórzyła, jakby to było jasne.
– Aha?
– Udaje zwierzę.
Zamurowało mnie – Chodzi ci o gwiazdozbiory?
Nie odpowiedziała. Nie rozmawiałam z nią nigdy o niebie. Babcia, jeśli rozmawiała, to nie o tym fizycznym: