Cofałam się za próg po rozedrganym parkiecie, a tuż za mną pękała podłoga. Tak, miałam pewność, że idę łeb w łeb z rozpadliną, która zaraz połknie mnie, matkę i dziecko. Dziecko, które mi znikło. A może jest mu lepiej, bezpiecznie, na dachach Mokotowa, dokąd porwał je niewidoczny przyjaciel? Może jest wolna, nareszcie? A może stoi teraz triumfalnie na obrzydłej komendzie policji przy Malczewskiego, tej właśnie, która ku mnie i matce wyciąga w świetle latarni betonową pięść, by pokazać nam środkowy palec fasady? Zawsze tak nocą wygląda, jakby chciała się bić. A w dzień zero prowokacji, ot, przeciętnie brzydki budynek z przemocą w środku. Z żalem pomyślałam, że lepiej nie sąsiadować z policją, przynajmniej ma się jasność, że nie zdążą. Ale czy u nich nie obowiązuje stały czas dojazdu, niezależnie od lokalizacji?