Dobrze, dość. Gdybym była moją matką, byłabym już po oględzinach całości i najpewniej siedziałabym z córką na kolanach, bo moja matka w sytuacje awaryjne wchodzi zadaniowo i płynie wprost do celu. A ja stoję, gardząc sobą, na krawędzi i waham się, czy chcę wiedzieć. Gdybym to ja się zgubiła, chyba bym nie chciała. Poszłabym spać bez tej wiedzy. Ale bez wiedzy o dziecku nie można przecież zasnąć. Budzić babcię, odsłaniając kartę własnej niemocy? Niemocy matki przed nadmatką? Nie. Zapaliłam światło na klatce, by otrzeźwieć. To była dobra decyzja, chłód świetlówki działa jak lodowaty prysznic. Z mieszkania po prawej wyszedł tymczasem sąsiad z psem, na mój widok spanikował i zaczął wciągać zwierzę z powrotem do mieszkania. Pies zapierał się, zdezorientowany – było mi go żal, ale i tak wolałabym się z nim zamienić. „Tylko mi się nie poszczaj tu, zaraz sobie pójdzie” – dobiegło zza drzwi. „Tylko mi się nie poszczaj” – powiedziałam sobie nieczule i włożyłam łeb w obrożę. Los trzyma smycz, ruszamy.