Ona w swoich sojuszach z niewidocznym była zawsze radykalniejsza. Ni stąd ni zowąd wyłączała moją asystę, otwierając konspiracyjnym uśmiechem inną przestrzeń, a ja dryfowałam w szalupie poza pokładem i miałam nadzieję, że po seansie pozwoli mi jednak wrócić. A jednak było coś, co przeżyłyśmy obie tak samo. Każda w swoim czasie.
Straciłam ją z oczu późnym wieczorem, gdy wyśliznęłam się z łazienki, grubo po północy. Rozkopane łóżeczko, moja polówka wolna, nikogo. Gdzie ona jest? U babci poświata, negliżująca samotność łóżka i podłogi. I tu jej nie ma. Poszłam do kuchni, nic. Łazienka pusta, zresztą dopiero co tam urzędowałam. W końcu odbezpieczyłam zasuwę i wyjrzałam na klatkę schodową. Bezludzie. Postałam tam chwilę, by przełknąć niepokój, bo przecież i tak nie dałaby rady zamkom, musi być w mieszkaniu. Bałam się cofnąć. Miałam pokusę, by zapukać w sąsiednie drzwi.
– Czy może pani za mnie pójść do mojego mieszkania i zobaczyć, czy jest tam rude dziecko?
– Ale że jak? To pani dziecko?
– Moje, ale boję się zobaczyć.