Robiłam to swoim rodzicom, gdy byłam mała, tyle że oni korzystali z okazji. Zostawiali mnie z moim światem i nie próbowali się wprosić. Znikałam grzecznie za drzwiami, przewidywalna abonentka własnego pokoju. Wystarczył mi w zupełności, bo niewielkiego potrzebowałam pasa startowego, by odlecieć. Startowałam cicho, nie budząc podejrzeń. Startowałam, robiąc lekcje, ucząc się wierszy na pamięć, dukając do kartkówki. Sam na sam, a w poszerzonym składzie. Wystarczy, że jedną nogą stałam mocno na ziemi, pod lampą o zjadliwie zielonym kloszu, z notatkami w ręku, a kontrola rodzicielska nie odbierała żadnych niepokojących sygnałów. „Krążysz sobie? No to sobie jeszcze pokrąż”. Operowałam naraz w obu rejsach, nie wypadając z kabiny pilota. Świetne maskowanie, zero przykrości po stronie opiekunów.