Stanęła w odległości dwóch metrów i uniosła planszę-zdobycz. Trzymała ją oburącz jak zwierciadło, w którym mój stan miał się przejrzeć. Była śmiertelnie poważna, teatralnie statyczna i stężała od nieznanej mi desperacji. Patrzyłam w ten liczman ze łzą spadającą z oka-kropki – i płakałam coraz bardziej. Ugięły się pode mną nogi, uklękłam. Wywlekła ze mnie Elizę, której chce się wyć. Nic nie rozumiałam, ale tym nierozumieniem, które precyzyjnie namierza i szarpie wewnętrzną strunę bólu. I nie potrzebuje kooperatywy świadomości. Chyba wszyscy je znamy, nie zawsze oczyszcza.