Lekceważyłam potrzebę tablic nawigacyjnych, myśląc sobie bezczelnie, że to tylko formalność, taka umowa społeczna, że musimy dzieciom podetknąć pod nos te wykresy, a i tak będą się uczyć inaczej. Nas i świata. Zrozumieją lub nie, ale przecież te geometryczne mordki na białym tle to nasze usprawiedliwienie, nasz glejt na to, że coś zrobiliśmy dla skomunikowania naszych dzieci z realnością. A przecież, jak wiadomo, trzeba trzymać się mocno podłoża rzeczy pod stopą. Tak myślałam – do pewnego momentu, który mi to myślenie zabrał. Pamiętam jak dziś dzień, gdy pięcioletnia dziewczynka z przedszkola Rudej – nietrzymająca kontaktu wzrokowego i bezmowna – minęła mnie pewnego dnia, pochlipującą, w korytarzu. Byłam przekonana, że mnie nie widzi, nie spojrzała nawet. Że mam jeszcze kwadrans na smutek. A jednak. Gdy prowadząca grupę poszła na zaplecze, mała zdjęła planszę z „płaczem” z korkowej tablicy i podeszła do mnie. Z planszy sterczały pinezki, jakby zwierz z papieru próbował strategii obrony. Tablica-jeż.