Przedszkolanki ciągle nie było, a ja przed kartą z łezką przez dobre parę minut zwijałam się w spastycznym płaczu. Dziewczynka dzielnie trzymała planszę i wpatrywała się w ścianę. Nie spojrzała na mnie ani razu, nie drgnęła, a jednak tą podstawioną tablicą powiedziała mi więcej niż ktokolwiek na spotkaniach terapeutycznych. Podrzuciła mi tajemnicę, pokazując: tym oto jesteś. Owszem, byłam wyłącznie i dokładnie tym: planszą płaczu. Klęczałam i ryczałam, jak mała dziewczynka, nad nieszczęściem dziewczynek, jej i moim. Tymczasem gest sztywno, patetycznie wyprężonych rączek powiększał ją, pompował do rozmiaru małego Mojżesza, trzymającego kamienne tablice. Miałam wrażenie, że planszą z łezką i podkówką mogłaby mi roztrzaskać łeb.
Prowadząca zajęcia wyszła z pokoju terapeutów i zastała taki właśnie obraz. Dwuosobową grupę na dywanie. Straty psychiczne po stronie personelu wzięłam na siebie.
To było mocniejsze niż uścisk. Zostało ze mną – silne jak świadectwo i słone jak wiedza, że już nie możemy wytrzymać.