Ćwierćmaraton wcale nie brzmiał dużo lepiej. Ale biegów na sto metrów nie organizowano. Tak więc wisiała nade mną świadomość, że za niecały miesiąc miałabym przebiec dystans dwudziestu jeden kilometrów i dziewięćdziesięciu siedmiu i pół metra. Spędzało mi to sen z powiek, więc na moje poranne spacery na plażę zakładałam legginsy i sportowe buty. Gdyby mnie nagle natchnęło na bieganie, byłabym przygotowana. Zabierałam też plecak, a w nim aparat, notes, kawę w kubku termicznym i przekąskę przedśniadaniową. Gdybym rzeczywiście kiedyś zapragnęła się przebiec, nie wiem, co bym z tym wszystkim zrobiła. Czyli chyba nie spodziewałam się nagłego przełomu w swoim nastawieniu do długich dystansów.
Z pewnością nie spodziewałam się natomiast, że zadzwonię do mojego wuja i powiem:
– Musisz przyjechać, zanim morze zabierze zwłoki.
Przez chwilę jedyną odpowiedzią była cisza. Potem głębokie westchnienie, kiedy do wuja dotarło, co właściwie usłyszał. A wreszcie jego prawie przytomny głos:
– Dzwonisz do mnie jako do swojego najbliższego krewnego w nadziei, że pomogę ci się pozbyć problemu?