Idąc tutaj, mogłam się też spodziewać, że morze natchnie mnie do biegania. Nikłe szanse, jeśli mam być szczera, bo jak żyję, to nagłe natchnienie jeszcze mnie nie dopadło. Ale nie mówię hop, bo może to właśnie dziś. Byłoby to ze wszech miar rozsądne, skoro nieopatrznie zgodziłam się przebiec z babcią półmaraton. Tak wyszło. Byłam zaspana. Przed pierwszą kawą. Głupio mi się teraz wykręcać, skoro babcia, lat siedemdziesiąt, zamierza biec. To miał być jej pierwszy raz i nie czuła się przerażona. Traktowała to jako miłe, pozytywne wyzwanie, coś do skreślenia z listy „rzeczy, które chciałabym zrobić”. Nie biegała regularnie, ale była w dobrej formie. Pewnie lepszej niż ja. I do tego też wstydziłam się przyznać. Babcia optymistycznie powiedziała:
– Nie martw się, jeśli po przebiegnięciu ćwierćmaratonu będziemy chciały przerwać, nikt nas nie zmusza do biegnięcia dalej.