Cały wuj. Przez ostatnie dziesięć lat widział mnie ledwie trzy razy, ale nie zmieniało to nic w jego podejściu. Byłam jego bratanicą. I stał po mojej stronie. Zawsze.
– Dzwonię do ciebie jako do najbliższego mi policjanta. Znalazłam trupa na plaży i pomyślałam, że pewnie byście go chcieli zatrzymać.
– Niczego nie dotykaj, zaraz tam będę! – rzucił pośpiesznie. Potem usłyszałam stuknięcie, echo przekleństwa i połączenie zostało przerwane.
Patrzyłam z rezygnacją na komórkę. Wiedziałam, że wuj potrzebował chwili, by się obudzić i zorientować, że nie ma pojęcia, gdzie ma się pojawić. Zajęło mu to niecałą minutę.
– A gdzie właściwie jesteście? Ty i trup? – zapytał.
Rozejrzałam się, szukając punktu odniesienia.
– Na plaży wschodniej, na wysokości smażalni ryb Fala. Ja na plaży, on w wodzie. Obija się o pale falochronu, ale raczej nie jest do nich przywiązany.
– Dziesięć minut – zapewnił i znów się rozłączył.
Stawiałam raczej na pół godziny – dochodziło wpół do szóstej, a wujek nie jest rannym ptaszkiem i przed pierwszą kawą ma ruchy leniwca. Mój tata i on byli ulepieni z jednej gliny. W dziesięć minut znajdzie spodnie i skarpetki. Niekoniecznie do pary.