Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Nie Mateusza i jego krwawiącego nosa, bo to akurat nie było szczególnie miłe. Ale wiele bym dała, żeby raz jeszcze zobaczyć tatkę, który przyjąwszy bojową pozę, mówiącą: „ktoś skrzywdził moją małą dziewczynkę”, wchodzi do gabinetu dyrektora. Siedziałam skulona, spodziewając się bury. Dyrektor bez końca dowodził mojej winy, choć to Mateusz zaczął – przezywał mnie, a inne dziewczynki regularnie bił. I gdy chciał uderzyć mnie…
– Ostrzegłaś go, kochanie, że jeśli nie da ci spokoju, będziesz musiała użyć siły? – zapytał tata, przerywając przemowę dyrektora.
Przytaknęłam.
– I co zrobił?
– Popchnął mnie, upadłam i zdarłam kolano.
– A wtedy?
– Wtedy mu przywaliłam. Hakiem, jak mi pokazywałeś.
– Jest sporo wyższy od ciebie – zauważył.
– Podskoczyłam.
– Brawo. Chodźmy do domu.
Dyrektor protestował, ale tata spojrzał na niego chłodno i powiedział:
– Moja córka nie musi tu przebywać, kiedy będzie pan karał Mateusza za znęcanie się nad młodszymi. Nie zamierza pan tolerować wyzywania i bicia trzecioklasistek, prawda?
– Ale to chłopiec jest teraz poszkodowany – obruszył się dyrektor.