Poza tym przez te wszystkie lata spędzone w Łodzi ani na chwilę nie zwątpiłam, że w końcu wrócę nad morze. Po dziesięciu latach na lądzie moje sny wciąż wypełniały szum fal i krzyki mew.
Następnego dnia spakowałyśmy się i wsiadłyśmy do autobusu, którego trasa przecinała całą Polskę, od Wisły do Ustki. Drugiego czerwca zaczęłam pracę na pół etatu w uroczej kawiarni (tutejsi klienci wygrywali ze studentami o kilka długości) i, również na pół etatu, jako pokojówka wWielkiej Niedźwiedzicy, niewielkim pensjonacie należącym do babci Marii. Budynek, w którym się mieściła, należał do rodziny od pokoleń – już moja prababka wynajmowała pokoje letnikom. Miałam wrażenie, jakbym zmieniając pościel i odkurzając korytarze, wpisywała się w jakąś tradycję, choć przecież była to zwyczajna i niewymagająca praca.
W autobusie babcia opowiadała mi o Wielkiej Niedźwiedzicy, o remoncie, który zrobiła trzy lata wcześniej, i pożyczce, którą musiała wziąć w tym celu. O tym, jak zmieniła prywatne kwatery w nieźle prosperującą firmę, pensjonat typu bed & breakfast. Już w maju miała komplet rezerwacji do połowy sierpnia. Kiedy o tym mówiła, w jej oczach błyszczały duma i radość.