Szczelina
Jozef Karika — Horror

Poranek taki sobie, zaczynał się wrzesień, na zewnątrz było dość zimno. Miasto budziło się do życia, spotkałem tylko kilka osób. Przechodząc na rynku pod arkadami, zwanymi przez miejscowych Podcieniami, nie widziałem prawie nic, dookoła unosiła się mgła. Taka jesienna, która do południa zniknie i może się jeszcze rozpogodzić. Na razie jednak trudno było to przewidzieć. Renesansowe i barokowe domy wynurzały się z oparów, atmosfera jak z filmu fantasy – czułem się jak w Grze o tron.

Przy odrapanym kościele skręciłem w bok i ulicą Dolny Val dotarłem na Hurbanovą. Byłem już blisko, na myśl o pracy nie odczuwałem żadnej radości, wręcz przeciwnie, nogi ciążyły mi przy każdym kroku. Gdybym lepiej słuchał swojego ciała, jak często radziła mi Mia, odwróciłbym się i wróciłbym do domu. Szkoda, że go nie posłuchałem.

Kroczyłem dalej bez życia jak Otik ze Wsi moja sielska, anielska – dawna synagoga, akademia medyczna jeszcze bardziej zniszczona niż kościół na rynku, skręciłem w prawo i…

Dotarłeś do celu – powiedziałaby nawigacja, gdybym jakąś posiadał.