Dokumentacja medyczna z psychiatryka z datami do końca lat trzydziestych dwudziestego wieku.
Okej, dlaczego nie?
Już miałem unieść komórkę, żeby sfotografować tę godną pożałowania zdobycz, gdy zauważyłem dziwny szczegół.
Daty na kartach wprawdzie się zmieniały, ale nazwisko badanego i leczonego pacjenta pozostawało to samo.
Walter Fischer.
Nie mówiło mi to nic prócz tego, że brzmi jak niemieckie albo żydowskie. Jakiś ówczesny celebryta? Znany aktor, polityk? Prominent, którego tu leczono i, chcąc zachować to w tajemnicy, ukrywano dokumentację w sejfie?
Przejrzałem dokumenty, zaintrygowało mnie to obce nazwisko, chciałem dowiedzieć się, o kogo właściwie chodzi. Ale ani z tego, co było napisane na maszynie, ani z odręcznych notatek nie potrafiłem niczego tak na szybko wywnioskować.
Drewniane schody głośno skrzypnęły, wzdrygnąłem się.
Ktoś był na parterze i wchodził na górę. W pierwszej chwili skamieniałem ze strachu, nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak długo byłem cały napięty.
– Już nigdzie nie łaź, czubku, trza zapierdzielać! – odezwał się tubalny głos robotnika.
Ekipa wróciła z przerwy obiadowej – ktoś wchodzi na piętro, pewnie Fero, kogo innego zaszczyciliby takim określeniem.