Odwalało mi, taki był tam klimat. Szaleństwo wisiało w powietrzu, bzyczało we wszystkich ścianach i wylatywało z podłogi jak jakiś rój rozwścieczonych os. Wystarczyło nadstawić uszu, przez chwilę wstrzymać oddech i można było go usłyszeć. Ale ja nie słuchałem i to był właśnie mój błąd.
Zamiast tego podszedłem do sejfu i oglądając zamek, zastanawiałem się, czy któryś z kluczy mógłby pasować.
Byłem pewien, że czarne monstrum nie może mnie pogryźć.
Błąd, wielki błąd. Właśnie szykowało się do odgryzienia mi głowy, i nawet to zrobiło, tyle że jeszcze przez jakiś czas o tym nie wiedziałem.
Wyjąłem pierwszy klucz, włożyłem do dziurki i spróbowałem go przekręcić.
Bez skutku.
Nie szkodzi, trochę ich jeszcze mam.
Wypróbowałem drugi, trzeci, czwarty, ale ciągle nic.
Wprawdzie w willi było chłodno, ale z monstrum biło wręcz lodowate zimno, dostałem gęsiej skórki. Kto wie, z czego zrobiony był ten sejf, w każdym razie ilekroć go lekko dotykałem, obezwładniał mnie swoim chłodem.
Piąty, szósty, siódmy…