Serce mi waliło, choć przecież nic szczególnego się nie działo. Wtedy to jeszcze naprawdę nie było nic szczególnego, ale moje idylliczne życie właśnie dobiegało końca.
Wszedłem do gabinetu – cztery gołe ściany pokryte staromodną tapetą. Żadnych mebli, całkowita pustka.
Tylko czarne monstrum kulące się pod tylną ścianą.
Sejf spoglądał na mnie nieprzyjaźnie, wyglądał jak pantera gotowa do skoku. Pewnie przeczuwał, że mam coś, co w końcu go pokona.
Wyjąłem klucze i zważyłem je w dłoni.
– No, Szczerbatku, bierzemy się do roboty – zagadnąłem.
Byłem pewien, że mnie nie ugryzie, w końcu wyrwali mu wszystkie zęby, podobnie jak tutejszym pacjentom.
Metalowe zębiska wisiały na obręczy, którą trzymałem w ręce.
Może sejf też się tu leczył, może też był pacjentem – przyszła mi do głowy taka absurdalna myśl.
W sejfach zamyka się wartościowe przedmioty, ich chronienie wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Co jeśli przez tę presję sejf zwariuje? Co się z nim stanie?
Zamkną go w wariatkowie.