Pożycz mi babuniu swego parasola, chociaż deszczyk pada, pójdę do przedszkola.
Nie czułem się jakoś szczególnie, bycie samemu w tym miejscu nie należało do zbytnich przyjemności. Walenie w ściany zrobiło swoje, tynk w wielu miejscach popękał, a gdzieniegdzie odpadł. Wydało mi się, że widzę jakieś bazgroły nagryzmolone na cegłach. Personel zapewne nie upilnował któregoś z pacjentów.
Okna były tak brudne, że prawie nie przepuszczały słońca, a z zewnątrz przenikało jedynie matowe światło, w którym wirowały ziarnka opadającego kurzu.
Wszedłem na pierwsze piętro i ruszyłem przez korytarz, luźna podłoga nieprzyjemnie trzeszczała mi pod nogami. Nie patrzyłem ani w stronę pomieszczeń po prawej, ani po lewej stronie – nie mam wprawdzie jakiejś bujnej wyobraźni, ale wolałem nie kusić losu. Gdybym zobaczył ducha jakiegoś świra wystawiającego ręce w moją stronę, to pewnie bym uciekł.
Może zamykali tu też dzieci – przyszła mi do głowy taka myśl, lecz szybko się jej pozbyłem. Zbliżałem się do końca korytarza, nie chciałem marnować czasu.