W końcu rozległo się podwójne gwizdnięcie oznaczające przerwę obiadową. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, na około godzinę zostanę w willi sam, ewentualnie z jednym czy dwoma budowlańcami, palącymi szlugi na podwórku.
– Idziesz na obiad? – zapytał Fero, ale ledwo go rozumiałem, bo gardło miał zapchane, a twarz białą od wszechobecnego pyłu.
– Dziś nie, muszę coś załatwić.
– Chodź coś przegryźć – nalegał.
– Serio nie, mam jedzenie z domu. – Pokazałem w stronę szatni. Nie miałem. Mia jest świetna, ale jeśli chodzi o przygotowanie obiadu do pracy, to nie można na niej polegać. Do końca zmiany będę głodny, ale w tamtej chwili było mi to obojętne.
– Jak chcesz. To na razie – pożegnał się Fero.
Nikt inny się mną nie interesował, a to było mi na rękę. Budowlańcy i reszta robotników przemyli się, po czym ruszyli do miasta. Kilku jeszcze kręciło się przed willą, ale to mi nie przeszkadzało. Budynek ucichł, tylko krople deszczu bębniły o szyby. Nadeszła moja chwila.
Pada deszczyk, pada, deszczu już za wiele, pójdę do przedszkola, bo mi tam weselej.
Ruszyłem schodami na górę, z każdym krokiem słysząc pobrzękiwanie kluczy w kieszeni.