Na pierwszej kartce jej nie było, ale kiedy przerzuciłem następne dwie, znalazłem to, czego szukałem.
12.10.1936
Dokładnie tak, jak typował Fero. Nie wiadomo, od kiedy istniał ten zakład, ale z pewnością był tu w latach trzydziestych dwudziestego wieku.
Międzywojenny dom wariatów, wspaniale!
Sfotografowałem nagłówek z adresem i datę, już zastanawiając się nad tym, jaki dorzucę do nich komentarz.
Odwróciłem się i pstryknąłem też willę – spowita mgłą i jesienną mżawką wyglądała wyjątkowo klimatycznie. Wilgotne mury, połyskujący dach kryty gontami, krople na oknach – wyobraź to sobie. A w wieżyczce za oknem duch w białym fartuchu.
Dobra, żartuję, wybacz, już będę poważny. Nie było żadnej zjawy, świruję, bo nie chce mi się mówić o tym, co było później. Ale już do tego dochodzę, nie ma odwrotu, zatem do rzeczy.
Wyprostowałem plecy z myślą, że czas wracać do środka, i rzuciłem papiery na stertę. Upadając, odsłoniły kilka kolejnych arkuszy, pod którymi coś delikatnie błysnęło.
Po głowie ciągle chodziły mi antyki i inne cenne przedmioty, więc odgarnąłem kartki podeszwą buta.