Szczelina
Jozef Karika — Horror

– Super – rzuciłem zniesmaczony. – Pomagało?

– Nie, ale na jakiś czas uciszało pacjentów, więc metodę stosowano przez długi czas.

– Trudno, żeby nie uciszało, jak im wyrwali wszystkie zęby.

– No właśnie.

Wzięliśmy worki wypchane ubraniami i ruszyliśmy z powrotem na dół. Schody skrzypiały, w powietrzu unosił się pył i drażniący smród, a gdy do tego wszystkiego wyobraziłem sobie, że kiedyś był tu psychiatryk, willa stała się jeszcze bardziej odrażająca. Bóg raczy wiedzieć, co się tu działo i jakich pacjentów tu zamykano.

Wyszliśmy na zewnątrz, pogoda była jeszcze wstrętniejsza niż poprzedniego dnia, delikatnie siąpiło. Doszliśmy do rosnącej sterty śmieci, rzuciliśmy worki i ruszyliśmy z powrotem. W willi też był zimno jak w psiarni, ale przynajmniej nie kapała na nas woda, a powietrze nie było lepkie i wilgotne.

Nie wiem nawet dlaczego, ale obejrzałem się za siebie. Mój wzrok padł na rozsypane papiery. Pożółkłe kartki A4 leżały rozrzucone na skraju między śmieciami a górą gruzu z piwnicy. Siąpiły na nie krople deszczu, wkrótce zupełnie by rozmokły.

– Poczekaj, rzucę na coś okiem – powiedziałem do kumpla.

Zaskoczony spojrzał na mnie spod kaptura, nie rozumiejąc, o co chodzi.