– Ale to wygląda jak jakiś szpital. – Pokazał palcem na obtłuczone sanitariaty.
– A słyszałeś kiedyś o nim?
– W sumie to nie, nawet jak byłem mały. Mieszkam na Starym Mieście, znam tę okolicę i często tędy przechodzę, ale od kiedy pamiętam, to była tylko ruina.
– Jeśli był tu jakiś zakład leczniczy, to naprawdę dawno temu – stwierdziłem.
– Może na początku dwudziestego wieku albo przed wojną. Psychiatryk w tamtych czasach… – Nie skończył, ale twarz wykrzywiła mu się w obrzydzeniu.
– A co ty właściwie studiowałeś?
– Andragogikę.
– Co to jest?
– Nieważne. – Machnął ręką. – Ale miałem egzamin z czegoś takiego, historia opieki nad pacjentami psychiatrycznymi i tak dalej.
– To już rozumiem, skąd się tu wziąłeś. – Wbiłem mu szpileczkę.
– Ha ha, bardzo śmieszne. Wiesz, jak na początku wieku leczono choroby umysłowe?
– Elektrowstrząsami?
– To dopiero później, najpierw próbowano innych metod. Dość popularne było wyrywanie pacjentom wszystkich zębów, co do jednego.
– Co? – Zmarszczyłem czoło.
– W medycynie istniała taka teoria, że szaleństwo spowodowane jest infekcją mózgu, a jej ognisko znajduje się w którymś zębie albo korzeniu. Więc logiczne rozwiązanie: wyrwać wszystkie zęby.