Początkowo nie reagowaliśmy, nie byliśmy w nastroju. Fero, mój współcierpiętnik, też był tuż po studiach, więc łączyła nas nić porozumienia. Nic tak nie cieszy świeżo utytułowanego absolwenta, jak robotnik robiący sobie z niego jaja. Parę miesięcy temu obrona, wielki sukces i poczucie zadośćuczynienia – można sobie dodać parę literek przed nazwiskiem, coś się osiągnęło. Jakiś tydzień euforii, potem otrzeźwienie. Nawet nie zdążysz się obejrzeć, a wyśmiewa się z ciebie zwykły robol z młotem pneumatycznym w ręce. Na dodatek w sumie ty też już nim jesteś, ale możesz się pocieszać, że pracowałeś na to przez pięć lat studiów.
Ekipa miała ubaw po pachy, nie przepuścili żadnej okazji i za każdym razem, gdy znosiliśmy kolejną turę, raczyli nas jakąś nową uwagą lub pytaniem.
– A jaki masz tytuł? – zacieszali.
– Magister – wystrzelił Fero ze złością. To był błąd, powinien nad sobą zapanować, nie dawać im satysfakcji.
Zaczęli rechotać, jakby powiedział nie wiadomo jaki dowcip.
– Magik? To jesteś na właściwym miejscu.
– Niby czemu? – warknął Fero, podchodząc do ekipy. Nie był potężny, raczej żylasty, ale w jego głosie brzmiała wściekłość. Nawet się nie dziwię, we mnie też kipiało.