W kącie siedziało monstrum. Kanciasty czarny sejf, pielgrzym z odległych czasów, z pewnością pamiętający monarchię austro-węgierską. Nad drzwiczkami widniało ozdobne, rzeźbione godło, korona i dwie mityczne postaci zwierzęce w towarzystwie ascetycznego napisu Anton Maly Wien. Mimo dziesiątek lat, które przetoczyły się przez sejf i mimo osadu, który go pokrywał, litery delikatnie połyskiwały.
Jakby czekał. Jakby czuwał i czekał.
Zahipnotyzował mnie. Żeby to zrozumieć, musiałbyś zobaczyć ten kanciasty kształt z zaskakująco delikatnymi krawędziami. Per fekcyjny design, byłem oczarowany, totalnie urzeczony stylem epoki.
Podszedłem bliżej – dziurkę od klucza zakrywała ozdobna osłonka.
Pod nią z metalowych drzwiczek wystawała obrotowa rączka.
Chwyciłem ją – zimna.
Zacisnąłem palce, próbując ją przekręcić, ale ani drgnęła. Najpierw trzeba było włożyć klucz do zamka i otworzyć go, innej możliwości nie było.
Bez niego nie było szans, żeby dostać się do sejfu – potwierdzał to nawet jego kształt, emanowała z niego jakaś surowość i niedostępność. Już sam wygląd odwodził od próby przeniknięcia do wnętrza siłą.
Ciekawe co jest w środku? – pomyślałem.