Aleks oparł głowę na zagłówku i wpatrywał się w gwiazdy. Nieco dalej za nim czerniała linia równo przyciętego żywopłotu z tuj, a w oddali, na tle nieba, odcinała się czarna i gęsta korona rozłożystego dębu.
– Jesteś szczęśliwy? – spytał Aleks.
Warot przewrócił oczami.
– A jebnąć ci?
Aleks nawet się nie uśmiechnął.
– Powinieneś być, bratku.
– O co ci chodzi? – Pytanie zawisło między nimi na dłuższy czas.
– Ech, o nic. Sorry, Piter. Tak sobie pierdolę bez sensu. – Aleks wsunął źdźbło trawy do ust.
– Strzel sobie mocnego browara, to ci przejdzie. A potem się odlej, tylko nie na moje tuje, bo zabiję, odmów paciorek i walnij się do wyra. Czy to jasne?
– Jak, kurwa, księżyc. – Aleks wypluł skrawek trawy i napił się piwa.
– No i super. – Piotr pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym wszedł do domu i przymknął za sobą drzwi. Nie włączył światła. W drodze do łazienki minął rozłożoną i posłaną kanapę dla Aleksa. Wyszczotkował zęby, skorzystał z toalety, po czym wziął szybki prysznic, zmywając z siebie pot oraz intensywny smród dymu z grilla, który zagnieździł się w gęstej brodzie i we włosach. Karolina pogoniłaby go z łóżka, a tego akurat wolał uniknąć.