Najsłabsze ogniwo
Robert Małecki — Literatura

Pili w ciszy, już bez muzyki, jedynie z tężejącym zza szpaleru tuj cykaniem świerszczy. Dokończyli trunki i nie tknęli kolejnych butelek.

Piotr stłumił ziewnięcie.

– Dobra, panie. Czas do wyrek.

– Idź, idź, ja sobie jeszcze posiedzę.

– Na pewno?

Aleks kiwnął głową.

– Zgasisz je? – Piotr wskazał na pochodnie.

– Jasne.

– Karolina pościeliła ci w salonie. Przymknę drzwi tarasowe, ale wystarczy, że je popchniesz.

– Starzejesz się.

– Bo się powtarzam?

– Nie nocuję tu pierwszy raz, bratku.

Piotr zrobił dwa kroki po miękkiej trawie w stronę domu, po czym się odwrócił.

– Może koc ci przynieść? Chłodno się robi.

– Taaa… Koc i może jeszcze dla rozgrzewki jakieś ładne dupcie, co? Dwie, góra trzy. – Aleks zarechotał. – Więcej w tym stanie nie zadowolę.

Warot wycelował w niego palec wskazujący i zamarkował wystrzał z rewolweru, po czym dmuchnął w opuszkę.

– Masz Alinę – przypomniał bratu. – Więc się hamuj.

– Jezu, tylko żartowałem – oburzył się młody. – A ty niby co? Taki święty?

Warot poczuł ukłucie w okolicach serca.

– Dobrej nocy, Aleks.

Odwrócił się i ruszył do domu. Był już na tarasie, gdy ponownie usłyszał głos Aleksa.

– Bratku?

– No? – Westchnął.