Blefował, ale esesman dał się nabrać. Strzelał z walthera, pistoletu, który w odróżnieniu od parabellum nie informował, że amunicja się skończyła, bo zamek nie zatrzymywał się w tylnym położeniu.
Niemiec zawahał się, opuścił broń i przeładował, aby upewnić się, czy przypadkiem nie ma ostatniego pocisku w komorze. To wystarczyło, muzułmanin doskoczył i uderzył esesmana pięścią w twarz, z siłą spotęgowaną przez rozpęd ciała.
Oficer stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, napastnik siedział na nim okrakiem i wyciągał z ładownicy przy jego pasie zapasowy magazynek. Był pusty. Funkcjonariusz organizacji Todt rozejrzał się za poręcznym kamieniem, ale Niemiec odgadł jego zamiar.
– Nie musisz tego robić – jęknął.
– Chciałeś mnie zabić – szepnął muzułmanin, na jego twarzy malowało się okrucieństwo.
– Miałem rozkaz nie zostawiać żadnych świadków – odparł twardo esesman.
Śniady mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem, a następnie wymacał otoczak, który pozwolił wyrwać się z drogi, i trzasnął nim w czaszkę Niemca.
Wytarł dłonie o jego mundur, wstał i rozejrzał się. Na górskiej drodze panowała cisza zakłócana jedynie szmerem jodeł i trzepotem skrzydeł kruka, który przysiadł na pobliskim drzewie.