Żaden z więźniów nie zdążył się poderwać. Dwóch poleciało w tył odrzuconych przez serię, reszta zatańczyła na siedząco jakiś makabryczny balet i osunęła się na ziemię lub pozostała na kłodzie w nienaturalnych pozach. Na twarzy więźnia, który o mało nie upuścił pierwszego pojemnika, zastygło zdziwienie, choć przecież można się było domyślić ciągu dalszego.
Oficer SS sięgnął do kabury, podszedł do rozstrzelanych i posłał kilka pocisków w serca tych, którzy jeszcze się ruszali. Celował powoli, z odległości, która gwarantowała, że krew nie ochlapie mu płaszcza.
Muzułmanin stał nieruchomo kilkanaście kroków dalej.
Dowódca dwuosobowej eskorty odczekał chwilę, po czym schował pistolet i znów skinął na sturmmanów. Ci odłożyli schmeissery i zabrali się za przenoszenie zwłok na pakę ciężarówki. Nie można było zostawić siedmiu trupów w pasiakach przy leśnej drodze. Rosjanie, którzy byli tuż-tuż, od razu by się domyślili, że więźniowie obozu zostali użyci do transportu i ukrycia czegoś ważnego. Natychmiast zaczęliby szukać.