Najwyraźniej miał coś wspólnego z budową bunkra. Organizacja Todt zajmowała się właśnie takimi rzeczami. Ksiądz pamiętał kilku jej inżynierów, kręcących się po kamieniołomach i nadzorujących załadunek granitu, potrzebnego hitlerowcom na nowe obiekty wojskowe. Przybysza z Arabii nigdy by się wśród nich nie spodziewał.
Kilka godzin później było po wszystkim.
Sześciu więźniów przetransportowało czarno-żółte pojemniki z paki samochodu na leśne wzgórze, a siódmy zniósł je po metalowej drabinie na dno bunkra i ustawił pod betonową ścianą. Potem pod eskortą funkcjonariusza organizacji Todt i trzech sturmmanów wciągnęli sprzęt i przyspawali metalową klapę do jej obramowania. Całość starannie nakryli darnią, na której umieścili pień jodły, pewnie wywróconej przez wichurę.
Zeszli na dół, z trudem trzymając się na nogach. Przy ciężarówce czekał oficer SS, który klasnął w dłonie z zadowoleniem. Gestem wskazał więźniom grubą kłodę, zachęcając, aby usiedli i odpoczęli. Poczekał, aż usadowią się, a następnie dał znak sturmmanom, którzy sięgnęli po pistolety maszynowe, wymierzyli i otworzyli ogień.
Byli doświadczonymi mordercami.