1
Aniela nie chciała umierać, ale jaki miała wybór? Brakowało jej sił, żeby się ze wszystkim borykać, żeby walczyć, chodzić po sądach, prawnikach, kłócić się, udowadniać, że nic złego nie zrobiła. Poza tym dla kogo miałaby to robić? Staśka już nie było. Zmarł pięć lat wcześniej na to samo, co tysiące innych chłopów w Polsce – na wódkę i papierosy. Nie miała o to do niego żalu. Ona pochodziła z dobrego domu. Matka nauczycielka, ojciec inżynier, od pokoleń oboje z Warszawy, a losy ich rodzin były równie dramatyczne i równie krwawe, co historia stolicy. Stasiek z kolei przyjechał tutaj za robotą. Elektryk. Niby marzył całe życie o politechnice, ale zamiast na studia, musiał iść do pracy. Za to śliczny był jak Zbyszek Cybulski, podobnie nawet się nosił. Poznali się na potańcówce w klubie studenckim, gdzie Stasiek przychodził z kolegami, żeby wyrywać dziewczyny. Pracowali, mieli więc pieniądze. Robili wrażenie. Twarde, robotnicze chłopaki o spracowanych dłoniach, pachnące wodą kolońską, wódką i olejem. Tacy trochę niegrzeczni chłopcy, co to już znają życie. Wyróżniali się na tle długowłosych studentów polonistyki, historii czy filozofii. I tak jakoś się stało, że kiedy Aniela zobaczyła Staśka, natychmiast się zakochała. Miała już wtedy kawalera, takiego, którego akceptowali jej rodzice i który bywał u nich na proszonych obiadach. Ale co z tego, skoro serce mówiło: Stasiek. Zaczęli się spotykać. Wkrótce zaszła w ciążę. Rozważała nawet, czy nie usunąć, ale za bardzo się bała. Sama nie wiedziała czego. Kary w zaświatach? Gniewu księdza? Tego, co pomyślą rodzice – oboje przykładni katolicy, którzy w piątek mięsa do ust nie wezmą i w każdą niedzielę jeżdżą na mszę do archikatedry na Starówkę – kiedy dowiedzą się, że nie tylko się puściła i zaszła w ciążę, ale potem jeszcze jej się pozbyła? Najważniejsze chyba jednak było to dziwne poczucie odpowiedzialności wobec tej rosnącej w jej brzuchu fasolki. Nie usunęła więc, chociaż wtedy to było naprawdę łatwe.
Potem wiele razy żałowała, ale nie chciała się już nad tym rozwodzić.
Stasiek przykładny chłop, zaoszczędził pieniądze, kupił garnitur i pewnego dnia spotkał się z nią w urzędzie stanu cywilnego. Ślub kościelny wzięli później, po cichu, bo kierownik Staśka był partyjny i krzywo na takie rzeczy patrzył.
Przyznać musiała Staśkowi, że się starał. Załatwił im mieszkanie, kupował książki i nawet niektóre przeczytał. Porządnie się ubierał, w koszule i marynarki, nie do pracy oczywiście, ale jak wracał z zakładu, od razu pędził do łazienki, żeby zrzucić z siebie robotnicze ciuchy, zmyć zapach potu i smarów. Robił wszystko, żeby stać się takim zięciem, jakiego oczekiwali jej rodzice. Nigdy mu się to nie udało. Zaciskał zęby i dalej próbował zmienić się z prostego robotnika w warszawskiego dżentelmena. Tylko o wódce jakoś nie zapominał. Takie były czasy, myślała teraz Aniela, taka praca. Wszyscy pili, to Stasiek też. Nie chciał odstawać, tyle że i niespecjalnie się przed tym bronił. Potem emerytura, rozstał się z kumplami z roboty, ale już nie z alkoholem i papierosami. Aniela uśmiechnęła się smutno, kiedy przypomniała sobie, jak go sąsiadki wychwalały. Że taki spokojny, grzeczny, zadbany, zawsze ogolony i wyperfumowany. Nigdy im nie przyszło do głowy, że zużywał tyle wody kolońskiej, żeby zamaskować woń wódki. Aż pewnego dnia po prostu się skończył. Wszystkim mówiła, że to zawał serca, bo tak było łatwiej niż tłumaczyć, że wyniszczony alkoholem organizm powiedział: stop. I wstyd mniejszy.
O Marysi zresztą też skłamała. Powiedziała, że zginęła w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę. Chociaż nie do końca kłamała – za kierownicą siedziała Marysia, ich jedyna córeczka.
Była wtedy sama w domu. Dokąd chciała pojechać? Nikt nie wiedział. Być może po prostu po kolejną butelkę na stację benzynową. Była zima, ślisko, a ona miała za dużo na liczniku. Wypadła na zakręcie z trasy i trafiła prosto w drzewo. Dobrze, że przynajmniej nikogo nie zabiła. Aniela miała potem żal do męża Marysi, że się przeprowadzili pod Warszawę, bo jakby zostali w stolicy, to zamiast wsiadać w samochód, po prostu poszłaby do sklepu. I do Staśka miała żal, że nauczył córkę pić. Nie specjalnie, po prostu podpatrzyła.
Ale to też wydarzyło się tyle lat temu. Wydawało się jej, że nic z tego nie jest już istotne. Najgorsze, że nie miała już dla kogo walczyć. Nie było Staśka, nie było Marysi. Zostały jej jeszcze wnuki, ale po wypadku córki zięć zerwał kontakty. Może i miał w tym trochę racji, bo nagadała mu sporo nieprzyjemnych rzeczy. Gdyby mogła, toby cofnęła czas. Kilka razy już sięgała po telefon, żeby zadzwonić i przeprosić, powiedzieć, że chciałaby tylko zobaczyć Agusię i Jacusia. Chociaż na chwilę, z daleka. Raz nawet się połączyła. Usłyszała jego chropowaty głos w słuchawce, takie zwykłe „halo”, i natychmiast strach ją obleciał. A jeszcze bardziej wstyd. Bo jakże tak, po tylu latach, i jeszcze w takiej sprawie. Odłożyła słuchawkę.
Pewnie im lepiej beze mnie, pomyślała.
Była sama. Nie chciała umierać, ale nie miała siły na to, by resztę swoich dni użerać się z oszustami, którzy postanowili odebrać jej mieszkanie.
Początkowo próbowała. Pisała listy, dzwoniła, chciała wyjaśniać, ale machina ruszyła i ona sama nawet nie wiedziała kiedy. Po prostu jednego dnia miała mieszkanie, wspomnienia i skromną emeryturę, a następnego dowiedziała się, że jest już właściwie bezdomna.
Kiedy się złamała? Chyba tamtego dnia, gdy przyszli do niej do domu. Zamknęła wtedy drzwi na wszystkie zamki, założyła łańcuch, a potem z komórką w dłoni siadła na krześle w przedpokoju i czekała, żeby nagrać, jak się włamują.
– Mam was! – krzyknęła tryumfalnie, kiedy wreszcie pokonali zamki i drzwi stanęły otworem.
Po drugiej stronie ujrzała zdumionego ślusarza w granatowym roboczym ubraniu i młodego człowieka w garniturze. Przedstawił się jako komornik, a potem wyjął z teczki jakieś dokumenty i powoli tłumaczył ich treść. Kręciło jej się w głowie i nie potrafiła oderwać wzroku od dwóch młodych policjantów, którzy przypatrywali się temu wszystkiemu ze znudzonymi minami. Jeden z nich żuł gumę. Nic z tego nie rozumiała. To byli przecież stróże prawa. Powinni jej bronić, a nie pomagać we włamaniu.
– Dobrze się pani czuje? – zapytał obłudnie ten młody człowiek w garniturze.
Pokiwała głową, ale potem pozwoliła mu się wziąć pod rękę i zaprowadzić do kuchni, gdzie dostała szklankę (swoją własną) wody (ze swojego własnego kranu). Kiedy ją piła, jakiś inny mężczyzna mierzył jej mieszkanie. Wszystko kamerowała jeszcze jedna osoba, jakby chcieli mieć pamiątkę z jej upokorzenia.
Wtedy straciła nadzieję – przez tych dwóch policjantów. To właśnie wtedy się złamała i zadzwoniła do męża Marysi. Bo wiedziała, że mógłby jej pomóc. Ale kiedy usłyszała to jego chropowate „halo”, odłożyła słuchawkę. Jak by to przecież wyglądało? Po tylu latach do niego dzwoni, i od razu po prośbie. Nie była gotowa na takie upokorzenie. I dlatego postanowiła się zabić.
Przygotowywała się do tego spokojnie i metodycznie. Poszła do biblioteki, pożyczyła kilka książek, w których spodziewała się znaleźć informacje na interesujący ją temat. Żeby nie wzbudzić podejrzeń, dodała parę tanich romansów. Bibliotekarka się nie zorientowała. Posiedziała też trochę przy komputerze, odwiedzając kolejne strony internetowe, ale od tej akurat lektury zrobił jej się tylko mętlik w głowie.
Poszła do fryzjera, kupiła dwie nowe sukienki. Jedną, w której mieli ją znaleźć, i drugą do trumny. Do tego nowe czarne rajstopy i buty czółenka. Spotkała się z nielicznymi już, taki wiek, koleżankami, ale nic im nie powiedziała, bo nie zamierzała ich martwić. Ani dawać okazji, żeby próbowały ją od tego odwieść. Bo naprawdę chciała się zabić. Dla siebie, żeby wreszcie mieć spokój, żeby nie musieć się bać, że ostatnie lata spędzi, włócząc się od przytułku do przytułku. Przede wszystkim jednak chciała im pokazać. I tym dwóm znudzonym policjantom, i temu aroganckiemu komornikowi, i tym oszustom, którzy wrobili ją w jakiś kredyt, którego w życiu na oczy nie widziała. Chciała, żeby wiedzieli, że są winni jej śmierci. Chciała być ich wyrzutem sumienia.
Dlatego zdecydowała się powiesić. We wszystkich tych mądrych książkach z biblioteki wyczytała, że kobiety najczęściej wybierają truciznę albo przedawkowują leki. Ona też się przez chwilę nad tym zastanawiała. Jak każda kobieta w tym wieku miała różnorodne schorzenia, a więc i całą baterię leków w apteczce, z których mogłaby teraz skorzystać. Ale zbuntowała się. Ona, zawsze taka elegancka i ułożona, wcale teraz nie chciała ładnie wyglądać. Wręcz przeciwnie, marzyło jej się, żeby ten, kto ją znajdzie, zobaczył coś strasznego. Coś, co będzie mu się śnić do końca życia.
Kupiła więc linę. Zawiązała na niej pętlę, tak jak pokazano w podręczniku do żeglarstwa. Tę książkę też wypożyczyła z biblioteki, choć tej akurat nie oddała. Ciągle jej przecież była potrzebna. Rozumiała, że sprawia pracującym tam uroczym dziewczynom kłopot, ale to i tak chyba lepiej, niż gdyby miała wyrwać kartkę. Podręcznik przecież prędzej czy później do nich wróci.
Wzięła drabinkę malarską i zawiesiła linę na haku od lampy. Potem podstawiła krzesło. Wspięła się na nie ostrożnie. Nogi jej drżały. Ściskało ją w gardle, ale zdołała powstrzymać płacz. Nie chciała, żeby makijaż się rozmazał. Odetchnęła trzy razy głęboko, rozejrzała się po mieszkaniu, pomyślała, że pomimo wszystko przeżyła w nim kilka pięknych chwil, i wsunęła głowę w pętlę.
Czy chciała umierać? Nie chciała. Była stara i samotna, ale miała przed sobą jeszcze kilka lat życia. Kilka słonecznych dni, które mogła spędzić, wygrzewając się na ławce przed blokiem. Kilka książek do przeczytania, filmów do obejrzenia. Kilka herbatek z koleżankami, zanim wszystkie po kolei powędrują na cmentarz. Chwil pomimo wszystko wartych przeżycia.
Ale nie miała siły. Po prostu nie miała siły.
Zrobiła krok do przodu. Pchnęła stopami krzesło tak, że się przewróciło. Lina zacisnęła się na jej gardle, jakby nagle zmieniła się w żywe stworzenie.
W ostatnim odruchu świadomości pomyślała, że ten, kto ją odnajdzie, bardzo się zdziwi.
Z jakiegoś powodu zrobiło jej się dzięki temu lepiej.
Zwykła przyzwoitość
Kiedy bohater wraca do domu na warszawskich Włochach, w którym wynajmuje pokój, spotyka tam dwóch bandziorów. Mężczyźni grożą panu Henrykowi, właścicielowi domu, więc Bezimienny staje w jego obronie. Ale kiedy w wyniku kolejnego zastraszania starszy mężczyzna trafia do szpitala, bohater uznaje, że miarka się przebrała. I w ten sposób wkracza w sam środek wielkiej afery związane...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio