Prolog
Zdjęty lękiem patrzył na swój dom. Upiorna chałupa stała tam, gdzie zawsze. Trochę na uboczu, za ciągiem garaży, przy zjeździe w gęstwinę, wcale nie tak daleko od torów kolejowych z jednej i świeżo wybudowanego osiedla bloków z drugiej strony. Bezlistne pnącza winobluszczu oplatały ją niczym utkany przez pająka kokon. Zdawały się trzymać w szponach całą konstrukcję, rozsypujący się komin i pokryte szronem okna, płot, na którym przesiadywały kruki i wrony, a nawet stracha na wróble, który straszył jedynie dzieci sąsiadów. Obejście spowijała gęsta mgła, w oddali szczekał pies. W izbie tańczyły płomienie świec.
Chłopiec mocniej chwycił palec opiekunki.
– Cieszysz się? – zapytała, kucając obok niego.
Pokręcił głową. Pociągnął nosem. Miał na sobie grubą kurtkę zapinaną na guziki, wysokie buty z kożuszkiem, wełnianą czapkę i gruby szalik, na dłoniach rękawiczki z jednym palcem. I wcale się nie cieszył.
– Twój ojciec już cię nie skrzywdzi. Odszedł. – Kobieta posłała chłopcu oszczędny uśmiech. Poprawiła mu zachodzącą na oczy grzywkę, pstryknęła go w nos. – Jesteś urodzonym szczęściarzem. Nie zapominaj o tym.
– Ale ja nie chcę – wymamrotał chłopiec.
– Jestem pewna, że mama zadba o twoje bezpieczeństwo. A ja od czasu do czasu będę do was zaglądać, pasuje?
Na twarzy malca pojawił się grymas świadczący o tym, że zaraz się rozpłacze. Zdziwiła się, bo chłopak płakał rzadko, prawie wcale. Zwykle nie marudził, posłusznie wykonywał polecenia i często się modlił. Nie był problemowym dzieckiem jak wiele innych w placówce. Pomyślała, że trauma, jakiej doświadczył w tym domu, wyryła w głowie chłopca trwałe piętno. Co z tego, skoro sędzina sądu rodzinnego miała odmienne zdanie. A może po prostu go nie miała? Czy w ogóle próbowała zrozumieć, co tu się wydarzyło?
– Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę – powtarzał malec, tuląc się do płaszcza kobiety.
– Mama na pewno bardzo się za tobą stęskniła. Poza tym nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale w domu czeka na ciebie ktoś jeszcze.
– Nie, nie, nie…
– Nie, nie ojciec, spokojnie. Ojca już nie ma. – Zreflektowała się. – Jest ktoś inny. Nie mówiłam tego wcześniej, bo chciałam zrobić ci niespodziankę.
– Niespodziankę? – Ton chłopca zdradzał ciekawość.
Kobieta wyjęła z kieszeni starą grzechotkę z wizerunkiem misia. Potrząsnęła nią i wsunęła ją w drobną dłoń.
– Masz. Dasz ją siostrzyczce. Na pewno się ucieszy.
Chłopiec spojrzał na zabawkę i upuścił ją na ziemię. Spadła w śnieg.
– Nie chcę – powtórzył.
Kobieta podniosła grzechotkę, westchnęła. Wytarła ją o poły płaszcza. Z wyrokami sądu nie szło dyskutować. Chłopiec musiał wrócić do domu rodzinnego. Tak stanowiło prawo.
– Musimy iść – rzuciła szorstko i zrobiła krok do przodu. Szarpnęła za wiotką rączkę. – Zobaczysz, będzie dobrze. Wszystko się ułoży – dodała.
Chłopiec się rozpłakał, ale ruszył za opiekunką. Drobił małymi kroczkami, a pod podeszwami skrzypiał śnieg, dom się zbliżał, rósł, potężniał, pochłaniał jego świat. Nędzny płot, na nim czarne ptaszyska, coś zaszeleściło w chaszczach, w mroku rozbłysły ślepia, może kota, a może jakiegoś potwora. Oplatające chałupę pnącza wyciągały szponiaste paluchy, strach na wróble spoglądał na nich z góry, szczerząc domalowane kły, psy wyły smętnie, żałośnie. Zgrzytnęły zawiasy, ostrzegawczo, bo tam zło przecież, tyle zła, tylko ból i cierpienie.
– Nie chcę – wymamrotał malec, ale kobieta go nie usłyszała albo słyszeć nie chciała. Podeszła pod drzwi. Zapukała. Posłała mu blady uśmiech.
– Zobaczysz. Wszystko się ułoży – powtórzyła, wtedy chłopiec posikał się w majtki.
Zabrzmiała kołysanka, skrzypnęły deski, znów kołysanka. Kroki, gwizd czajnika, płacz niemowlęcia. Klamka. Zgrzyt zawiasów. Ciepło izby.
– Dobry wieczór.
– Dobry wieczór.
Chłopiec uniósł głowę. Spojrzał w twarz matki. Trzymała przy piersi opatuloną w koce istotkę i szeroko się do niego uśmiechała. Uśmiech miała brzydki, bezzębny. Ale to nie była jej wina, bo sama sobie tych zębów nie wyrwała, zostały wybite pięściami i trzonkiem od łopaty albo wideł, nie był pewny. Zdjęła mu czapkę, zmierzwiła czuprynę, przytuliła do pokaźnego brzucha, był ciepły i miękki.
– To Rozalka – przedstawiła siostrzyczkę, nachylając się z przyssanym do piersi niemowlęciem. – Czyż nie jest piękna?
Chłopiec pomyślał, że Rozalka nie ma w sobie nic pięknego. Jest małą żarłoczną kreaturą, która tylko je, płacze i brudzi pieluchy. Zawstydził się, bo sam przed chwilą zmoczył majtki. Nikt nie mógł się o tym dowiedzieć.
Przez następny kwadrans siedział przy piecu w zaduchu izby, susząc mokre spodnie, udając, że grzeje zmarznięte stopy i dłonie. Bezzębna matka oprowadzała kobietę po chałupie, pokazywała palcami tu i tam, gestykulowała. Potem usiadły przy herbacie, kobieta wyjęła dokumenty i długopis, podsunęła je matce, a matka je podpisała. Wstały i podały sobie dłonie, kobieta spojrzała na chłopca, powtórzyła, żeby się nie martwił i że wszystko będzie dobrze, potem jeszcze dodała „z Bogiem” i wyszła.
Nastała upiorna cisza. A potem coś trzasnęło w sklepieniu. W krokwiach. Pewnie pnącza, pomyślał chłopiec. To one zaciskają się na chałupie, aby ją zgnieść, zadusić, zrobić z niej miazgę. To miejsce tylko na to zasługuje, na zniszczenie.
Dlaczego nie dokończą dzieła?
Matka przekręciła zamki i zasunęła rygiel. Odwróciła się, pogłaskała córeczkę po czole, wbiła wzrok w siedzącego przy piecu malca. Siedział po turecku, udając, że ich nie widzi. Tak bardzo go kochała…
– Od dziś w tym domu nikt nikogo krzywdzić nie będzie – szepnęła do niemowlęcia, rozkołysała je i nucąc kołysankę sennie ruszyła w kierunku pieca.
Cichutko, dziecino, nie mów nic,
I nie kładź się blisko krawędzi…
Cichutko, dziecino, nie mów nic,
Bo przyjdzie i twe ciało uwędzi…
Cichutko, dziecino…
Matka zamilkła. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w syna. Dlaczego nie szukał jej dotyku? Dlaczego udawał, że jej nie widzi? Przecież zrobiłaby wszystko, aby go ochronić, ocalić przed złem, uszczęśliwić. Zresztą udowodniła swoją nieskończoną miłość. Potwora już w domu nie było. I nigdy nie wróci.
Pomyślała, że chłopcu brakuje bliskości, wszak teraz będzie musiała obdzielić miłością oboje. Dlatego odłożyła córkę do kołyski i przykucnęła obok syna. Pogłaskała go po głowie, przytuliła do nagiej piersi.
– Twoja kolej – rzekła.
Chłopiec wiedział, że jest już za duży, ale nie chciał robić mamie przykrości. Mama przecież bardzo go kochała. Dlatego przylgnął do piersi i zaczął ją łapczywie ssać.
Fetysz
NA DNIE CZAI SIĘ JUŻ TYLKO ZŁO Komisarz Igor Brudny od zawsze był sam – ale nigdy nie czuł się jeszcze tak samotny. Porzucony przez kobietę, którą kochał, próbuje w pojedynkę walczyć z całym światem. Pewnej nocy wdaje się w bójkę z mężczyzną, który niedługo potem trafia na posterunek jako podejrzany w sprawie morderstwa. Dopiero wtedy do Brudnego dociera, jak nisko upadł. T...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio