Mieszka sam na trzecim piętrze starego ceglanego budynku bez widoku na niebo. Gdy wygląda przez okno, widzi tylko jej okno – po drugiej stronie uliczki, niemal na wyciągnięcie ręki, w podobnie starym budynku, gdzie mieszka sama na trzecim piętrze. Nie znają swoich imion. Nigdy nie zamienili ze sobą słowa. W Chicago trwa zima.
Do wąskiej uliczki między ich domami przedostaje się niewiele światła, a także niewiele deszczu, śniegu, mgły czy owego styczniowego połączenia zamarzniętych i mokrych opadów, nazywanych przez miejscowych „zimową mieszanką”. Jest ciemno, bezwietrznie, brakuje tu zresztą jakichkolwiek przejawów pogody. Wydaje się, że uliczka pozbawiona jest także atmosfery, jak wklęsłość doczepiona do miasta wyłącznie po to, żeby oddzielać jedne rzeczy od drugich, rodzaj przestrzeni kosmicznej.
Po raz pierwszy ukazała mu się w Wigilię. Tego wieczoru położył się wcześnie i potwornie się nad sobą użalał – jako jedyny w całym tym hałaśliwym budynku nie miał dokąd pojechać na święta – gdy po drugiej stronie uliczki zapaliło się światło i ciepła poświata zastąpiła ziejącą zazwyczaj w jego oknie pustkę. Usiadł, wstał, podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Kręciła się po pokoju w gorączce układania, rozpakowywania, wyciągania kolorowych sukienek z kompletu dużych walizek. Jej okno było tak blisko, ona była tak blisko – ich mieszkania oddzielał dystans jednego ambitnego susa – że cofnął się szybko o parę kroków, by pełniej roztopić się w ciemności. Kucał tam, na krótką chwilę zamieniwszy się w widza, aż poczuł, że robi coś niestosownego, nieprzyzwoitego, po czym skruszony wrócił do łóżka. Od tamtej pory jednak, od kilku tygodni, wraca do tego okiennego teatru, i to częściej, niż byłby gotów przyznać. Czasem siedzi tutaj, w ukryciu, i przez kilka minut obserwuje.
Powiedzieć, że jest w jego mniemaniu piękna, byłoby zbyt wielkim uproszczeniem. Oczywiście uważa, że jest piękna – w sposób obiektywny, klasyczny, niezaprzeczalny. Już samo to, jak się porusza, z pewnego rodzaju sprężystością, z radosną werwą, całkowicie go zauroczyło. Ślizga się po podłodze swojego mieszkania w grubych skarpetach i gdy od czasu do czasu kręci spontaniczny piruet, spódnica sukienki na chwilę się rozszerza. W tym szarym, zapyziałym miejscu jego sąsiadka woli sukienki – letnie, kwieciste, kolorowe, jakże nieprzystające do brudu tej dzielnicy, chłodu tej zimy. Podkula pod nie nogi, rozsiadając się w miękkim aksamitnym fotelu, przy kilku palących się nieopodal świeczkach, i z nieobecnym, beznamiętnym wyrazem twarzy trzyma książkę w jednej dłoni, a palcami drugiej wodzi mechanicznie po krawędzi kieliszka z winem. Przygląda jej się, jak dotyka tego kieliszka, i dziwi się, że koniuszek palca może wzbudzać tak straszną udrękę.
Jej mieszkanie zdobią pocztówki z miejsc, które przypuszczalnie odwiedziła – z Paryża, Wenecji, Barcelony, Rzymu – a także oprawione reprodukcje dzieł, które przypuszczalnie oglądała na własne oczy: posągu Dawida, Piety, Ostatniej wieczerzy, Guerniki. Gust ma eklektyczny i onieśmielający, tymczasem on nie widział nawet oceanu.
Dziewczyna pochłania książki, czyta o różnych porach, o drugiej nad ranem włącza żółtą lampkę nocną i kartkuje wielkie, nieporęczne tomiszcza – o biologii, neurologii, psychologii, mikroekonomii – lub teksty sztuk teatralnych, zbiory poezji, grube historie wojen i imperiów, pisma naukowe o enigmatycznych tytułach i nijakich szarych okładkach. Słucha muzyki, przypuszczalnie klasycznej, czego domyśla się z ruchów jej głowy. Wytęża wzrok, by odczytać, co jest napisane na obwolutach książek i okładkach płyt, a następnego dnia pędzi do biblioteki publicznej, żeby przeczytać wszystkich autorów, którzy ją budzą i nie pozwalają spać, i wysłuchać wszystkich symfonii, które ona najwyraźniej odtwarza na okrągło: Haffnerowskiej, Eroiki, Z Nowego Świata, Niedokończonej, Fantastycznej. Wyobraża sobie, że jeśli kiedykolwiek będzie z nią rozmawiał, rzuci jakąś ciekawostkę na temat symfonii Fantastycznej, w ten sposób jej zaimponuje i sprawi, że dziewczyna się w nim zakocha.
Jeśli w ogóle uda mu się z nią porozmawiać.
Jest właśnie tego rodzaju osobą – kulturalną, wyrafinowaną – którą pragnął odszukać w tym przerażająco wielkim mieście. Oczywistym mankamentem tego planu, z czego teraz zdaje sobie sprawę, jest to, że kobieta tak kulturalna i wyrafinowana nigdy nie zainteresuje się kimś tak niekulturalnym, prowincjonalnym, zacofanym i prostackim jak on.
Tylko raz widział, jak przyjmuje gościa. Mężczyznę. Przed jego przyjściem spędziła skandaliczną ilość czasu w łazience i przymierzyła sześć sukienek, po czym w końcu wybrała tę najbardziej obcisłą – fioletową. Spięła z tyłu włosy. Umalowała się, zmyła makijaż i potem znów się umalowała. Dwa razy wzięła prysznic. Wyglądała jak ktoś całkiem obcy. Mężczyzna przyszedł z sześciopakiem piwa i spędzili razem dwie godziny w drętwej i smętnej, jak się zdawało, atmosferze. Zanim wyszedł, uścisnął jej dłoń. Nigdy nie wrócił.
Później przebrała się w stary, sprany T-shirt i przesiedziała cały wieczór, podjadając suche płatki śniadaniowe w przypływie samotnego obżarstwa. Nie płakała. Po prostu tam siedziała.
Obserwował ją z drugiej strony beztlenowej uliczki i sądził, że w tym momencie jest piękna, chociaż słowo „piękna” nagle wydało mu się zbyt ograniczone, by pomieścić w sobie całą tę sytuację. Piękno ma twarz i publiczną, i prywatną, pomyślał, i jedna zwykle znosi drugą. Na odwrocie chicagowskiej pocztówki napisał do niej wiadomość: Przy mnie nigdy nie musiałabyś udawać. Wyrzucił ją i zaczął od nowa: Nie musiałabyś być kimś, kto próbuje być kimś innym. Nie wysłał ich jednak. Nigdy ich nie wysyła.
Czasem w jej mieszkaniu jest ciemno i wtedy on zajmuje się swoimi sprawami – zwyczajnymi, ograniczonymi – zachodząc w głowę, gdzie dziewczyna może się podziewać.
Wtedy ona obserwuje jego.
Siedzi w oknie, w ciemności, niewidoczna.
Przygląda mu się, obserwuje go, dostrzega jego bezruch, spokój, podziwia sposób, w jaki siedzi po turecku na łóżku i godzinami po prostu wytrwale czyta. Zawsze sam. Jego mieszkanie – posępne małe pudełko z gołymi białymi ścianami, półką z pustaków i rozłożonym na podłodze futonem – nie jest miejscem oczekującym gości. Samotność, jak się zdaje, ściska go jak butonierka.
Powiedzieć, że jest w jej mniemaniu przystojny, byłoby zbytnim uproszczeniem. Jest dla niej tym bardziej przystojny, im mniej on sam uświadamia sobie własną atrakcyjność – ciemna hiszpańska bródka przysłania delikatną twarz o dziecinnych rysach, a obszerne swetry maskują chuderlawe ciało. Niestrzyżone od kilku lat włosy opadają teraz w przetłuszczonych strąkach na oczy i sięgają brody. Ubiera się w stylu głęboko apokaliptycznym: czarne przetarte T-shirty, czarne wojskowe buty i ciemne jeansy, którym pilnie przydałyby się łaty. Nie widziała żadnego dowodu świadczącego o posiadaniu przez niego choćby jednego krawata.
Czasami staje przed lustrem bez koszuli, ziemisty, i przygląda się sobie z dezaprobatą. Jest taki drobny – niski, anemiczny, zabiedzony jak narkoman. Wystarczają mu papierosy i sporadyczne posiłki – zazwyczaj coś w plastikowym opakowaniu do odgrzania w mikrofalówce, czasami w proszku do rozrobienia w wodzie, rzeczy ledwo nadające się do jedzenia. Obserwując to, czuje się jak wtedy, gdy widzi nierozważne gołębie siadające na śmiercionośnych szynach prądowych chicagowskiej „elki”.
Ten chłopak potrzebuje w swoim życiu warzyw.
Potasu i żelaza. Błonnika i fruktozy. Treściwych, chrupkich ziaren i kolorowych soków. Wszystkich wzmacniających składników i eliksirów zdrowia. Chciałaby owinąć wstążką ananasa. Wysłałaby mu go z liścikiem. Nowy owoc co tydzień. Z wiadomością: Nie rób tego sobie.
Przez prawie miesiąc obserwowała, jak tatuaże niczym bluszcz oplatają mu plecy, a teraz łączą się w feerii wzorów i barw wędrujących wzdłuż szczupłych ramion, i myśli sobie: To mi nie przeszkadza. Co więcej, jest coś pokrzepiającego w asertywnym tatuażu, zwłaszcza takim, który jest widoczny nawet wtedy, gdy ma się zapiętą koszulę. Świadczy o pewności siebie, o sile przekonań – myśli – ta osoba ma jakieś przekonania w przeciwieństwie do niej, która codziennie przeżywa wewnętrzny kryzys z wiszącym nad nią od dnia przyjazdu do Chicago pytaniem: Kim zostanę? A może precyzyjniej: Która z moich wielu wersji jest prawdziwa? Ten chłopak z agresywnym tatuażem zdaje się otwierać przed nią nową drogę, antidotum na trwogę niespójności.
Jest artystą – to akurat jasne, bo najczęściej można go zastać w trakcie mieszania farb i rozpuszczalników, tuszów i barwników, wyławiania z kąpieli chemicznej papieru fotograficznego lub gdy pochyla się nad przeglądarką i przez okrągłą lupkę ogląda negatywy. Zdumiewa ją, jak długo potrafi to robić. Czasem spędza godzinę, porównując dwa kadry, najpierw wpatrzony w jeden, potem w drugi, potem znowu w pierwszy, i szuka doskonalszej kompozycji. A gdy ją znajdzie, zakreśla kadr czerwonym mazakiem, pozostałe przekreśla, ona zaś przyklaskuje takiemu zdecydowaniu. Gdy chłopak wybiera zdjęcie, tatuaż lub cyganeryjny styl życia, dokonuje tego wyboru z oddaniem. Jest to cecha, której ona – niemogąca podjąć decyzji w najprostszych sprawach: co włożyć, co studiować, gdzie mieszkać, kogo kochać, co począć ze swoim życiem – zazdrości mu i pożąda. Ten chłopak ma umysł ukojony poczuciem celu; a ona czuje się, jakby była fasolką tłukącą się w swoim strączku.
Jest właśnie tego rodzaju mężczyzną – niepokornym i pełnym pasji – którego pragnęła odszukać w tym odległym mieście. Oczywistym mankamentem tego planu, z czego teraz zdaje sobie sprawę, jest to, że ktoś tak niepokorny i pełen pasji nigdy nie zainteresuje się kimś tak konwencjonalnym, tak konformistycznym, tak nudnym i drobnomieszczańskim jak ona.
I tak nie nawiązują ze sobą kontaktu, mroźne zimowe noce mijają powoli, a gałęzie drzew obrastają w lodowe pąkle. Przez całą tę porę roku nic się nie zmienia. Gdy u niego zgaszone jest światło, on obserwuje ją; gdy światło jest zgaszone u niej, ona obserwuje jego. A w te wieczory, gdy nie ma jej w domu, on siedzi u siebie zdeprymowany, zrozpaczony, może nawet trochę żałosny, spogląda w stronę jej okna i czuje, jak czas umyka, a z nim przepadają szanse, czuje, jakby przegrywał wyścig z życiem, jakie chciałby prowadzić. A w te wieczory, kiedy jego nie ma w domu, ona siedzi u siebie, czując się porzucona, znów tak mocno poobijana przez świat, i wpatruje się w jego okno jak w akwarium, mając nadzieję ujrzeć, jak w mroku rozbłyska coś cudownego.
I tak oboje czają się w ciemności. Na zewnątrz pada śnieg, puszysty, bezgłośny. Wewnątrz są sami w swych małych kawalerkach w starych, niszczejących budynkach. W obu mieszkaniach światło jest zgaszone. Oboje wypatrują powrotu drugiego. Siedzą w pobliżu okien i czekają. Wpatrują się w ciemne klitki po drugiej stronie uliczki i choć o tym nie wiedzą, spoglądają na siebie.
Wellness
Czy miłość od pierwszego wejrzenia może trwać całe życie?Elisabeth i Jacka przyciąga do siebie niepowstrzymana siła. Spotykają się i natychmiast stają nierozłączni. Po dwudziestu wspólnie spędzonych latach okazuje się, że ich związek to jedna wielka iluzja. Zamiast namiętności czują nudę i rozczarowanie.A przecież właśnie kupili swój wymarzony dom, dom na zawsze. Nathan Hill, a...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book