1
Praga-Południe, Warszawa
Przeraźliwy krzyk rozerwał gęste nocne powietrze na strzępy. Był głośny, wszechogarniający, zdawał się dochodzić z najgłębszych czeluści piekielnych, prosto od udręczonych dusz, skazanych na wieczne cierpienie. Ktokolwiek zdzierał sobie gardło, przeżywał niewyobrażalne katusze, jakby był jednocześnie przypalany żywcem, miażdżony ciężkim narzędziem i rozcinany.
– Zordon… – mruknęła niewyraźnie Joanna Chyłka.
Nie doczekała się żadnej odpowiedzi.
– Zordon, kurwa mać…
Nadal nic.
Obróciła się raptownie na łóżku w jego stronę i mocno go szturchnęła. Kordian Oryński ani drgnął, spał snem sprawiedliwych, który przerwać mogłaby jedynie apokalipsa. Pech polegał na tym, że Chyłka nie miała oporów, by ją na niego sprowadzić.
Nie zastanawiając się ani sekundy, zepchnęła go z łóżka, a potem szybko nakryła się kołdrą. Usłyszała tylko ciche „co jest”, nim Kordian wyrżnął na podłogę.
Nie poderwał się od razu. Dopiero kiedy Joanna obróciła się ku niemu i uchyliła powiekę, zobaczyła, jak jego głowa wyłania się zza linii materaca.
– Nie mogłaś po prostu…
– Nie – ucięła. – Pestka wyje, a jest twoja kolej usypiania.
– Chyba nie.
– Chyba tak.
Przy głośnym akompaniamencie płaczu Hani Oryński zerknął na zegarek i przekonał się, że dochodzi czwarta nad ranem.
– Ja wstawałem po drugiej.
– No i?
– Potem już nie płakały, więc…
– Skąd wiesz?
– Stąd, że nie pamiętam, żebym się budził.
– Bo się nie budzisz – bąknęła Chyłka. – Śpisz jak zabity, kiedy ja popierdalam na każde ich płaczliwe wołanie, jakby się paliło.
Po prawdzie brzmiało to właśnie tak, jakby dzieci ginęły w płomieniach. Zazwyczaj zaczynała Hanna i o dziwo chwilę trwało, nim dołączał do niej Bruno. Obydwoje dawali wtedy koncert tak donośny, że rankiem wszyscy sąsiedzi w budynku przy Argentyńskiej łypali na dwójkę adwokatów wzrokiem seryjnych morderców gotowych do działania.
Joanna zachodziła w głowę, jakim cudem tak małe struny głosowe są w stanie generować tyle decybeli. Wydawało się to przeczyć prawom natury.
W tej chwili jedynie Hanna wykonywała swoją popisową kantatę, nie ulegało jednak wątpliwości, że brat dołączy do niej za minutę, może dwie. Wówczas z jednego problemu zrobią się dwa.
– Wywalaj do nich – rzuciła Chyłka.
Zamiast kroków kierujących się w stronę pokoiku dziecięcego usłyszała głuche tąpnięcie.
– Zordon?
Uniosła się lekko i zobaczyła, że ciało męża znów leży bezwładnie obok łóżka.
– Próbowałem – wymruczał. – Ale nie mam siły.
Miriady myśli przemknęły przez jej głowę. Większości z nich nie dałoby się zacytować na spotkaniach z innymi matkami, mimo że zapewne wszystkie miały podobne refleksje.
Odrzuciła kołdrę, podniosła się i z góry spojrzała na Oryńskiego.
– Jesteś gorszy niż nagłośnienie na Narodowym.
– Uhm…
Szturchnęła go stopą, ale na niewiele się to zdało.
– Wstawaj – syknęła.
– Nie umiem, naprawdę.
Nie miała na to czasu ani siły. Załatwi to sama, zanim Pestek się rozkręci, potem wróci do łóżka, może urwie jeszcze godzinę snu. Nie, zbyt optymistyczna wersja. Pół godziny maks.
– Przysięgam, Bakłażanie – rzuciła pod nosem. – Twoją jedyną zaletą jest to, że w gruncie rzeczy jesteś biodegradowalny.
Zostawiła truchło przypominające jej męża na podłodze i na oślep ruszyła korytarzem w stronę pokoju Hanny i Brunona.
Stanęła przy łóżeczku córki, pochyliła się i jęknęła cicho, kiedy kręgosłup zaprotestował. Jeszcze nie wrócił do siebie po tym, jak przez dziewięć miesięcy musiała taszczyć ze sobą obydwa pasożyty – właściwie miała wrażenie, że nigdy się nie zregeneruje. W dodatku jej hormony trwały w stanie permanentnego rozregulowania i ani myślały, żeby poukładać się w jakiś sensowny kształt, który Chyłka kojarzyłaby z czasów przed ciążą.
Tyle dobrze, że organy najwyraźniej wróciły na swoje miejsca. W pierwszych tygodniach po porodzie wydawało jej się, że została wewnętrznie przeprogramowana.
Wzięła Hannę na ręce i mniej więcej w tym samym czasie swój koncert rozpoczął Bruno.
– Naprawdę? – burknęła. – Po niej się litości dla matki nie spodziewam, ale ty mógłbyś chociaż…
Urwała, kiedy ryk stał się głośniejszy.
Z dwojga złego Hanię uśpić było łatwiej. Metodę odkryli przypadkiem, kiedy transportowali Pestki na badania z powodu ukrytego refluksu u Brunona. Okazało się, że wystarczyło wsadzić małą do fotelika w iks piątce, by spała jak zabita. Warunek był jeden: samochód musiał pozostawać w ruchu. Jeśli zatrzymywali się na dłużej, Hanna od razu się aktywowała.
Z jej bratem zadanie należało do trudniejszych. Refluks sprawiał, że mały spał dobrze jedynie w pozycji pionowej, kiedy gardło się otwierało, przez większość nocy trzeba więc było albo go nosić, albo z nim stać.
Joanna ułożyła Hannę w kołysce, po czym sięgnęła po brzusak – nosidło, nazwane przez nią w ten sposób na podstawie głębokiego przekonania, że w języku polskim powinien istnieć odpowiednik plecaka, który nosi się z przodu. Zordon nie był pod wrażeniem, ona jednak jednogłośnie postanowiła o włączeniu tego terminu do słownika.
Założyła brzusak i usadowiła w nim malca. Bujając nogą córkę, starała się lekko huśtać syna, ale ani jedno, ani drugie nie przynosiło efektu.
Chyłka spała praktycznie na stojąco, myśląc o tym, że z samego rana przeszuka grupy na fejsie i dołączy do tej, w której gromadzą się zwolennicy handlu dziećmi.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim Bruno wreszcie ucichł. Z Hanną nadal był problem, odłożywszy więc małego, zabrała Pestkę do iks piątki. Zrobiła dwa kółka wokół ogródków działkowych, po czym wróciła na Argentyńską.
Zordon nadal spał na podłodze.
Cóż, przynajmniej miała całe łóżko dla siebie. Nie żeby zrobiła z tego wielki użytek, zapewne za kilkanaście minut refluks o sobie przypomni i znów trzeba będzie nosić Brunona.
Joanna zamknęła oczy, wyczekując tego przyjemnego, nagłego nokautu sennego. Przez chwilę nie nadchodził, a ona pomyślała, że może jest zbyt zmęczona, by spać. Względnie że organizm tak się od niego odzwyczaił, iż uznał go za rzecz zupełnie obcą.
Trudno było wyobrazić sobie, że tak wyglądać miały następne dwa i pół roku. Wedle wszystkich doświadczonych rodziców, z którymi rozmawiała, należało jednak uznać to za prawdopodobny scenariusz.
Zawsze mogło być gorzej. Jej chociaż udawało się urwać tu pół godziny snu, tam czterdzieści minut. Kordian nie miał takiej możliwości, przesiadując całymi dniami w kancelarii.
Nie musiał za to zmagać się z nieustannym wyciem, ulewaniem, waleniem w pieluchy, bezsilnością w komunikacji i mnóstwem innych spraw, o których Chyłce wcześniej nie śniło się w najgorszych koszmarach.
I to wszystko dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez przerwy. Te dwa biesy nie miały żadnego zegara biologicznego, spały na chybił trafił, jakby człowiek z natury był istotą dzienno-nocną, a wchodził w znany tryb dopiero w procesie socjalizacji.
Horror, nieustanny horror.
Joanna miała wrażenie, że termin „urlop macierzyński” ukuł wyjątkowy psychopata, z pewnością mężczyzna. Kobieta określiłaby to wprost jako „areszt macierzyński”.
Do rana wstawali jeszcze trzy razy, raz Zordon obudził się nawet bez jej pomocy i udało mu się uśpić Hanię, zanim Bruno się rozkręcił.
Kiedy około siódmej Chyłka poszła do łazienki, chciała zostać tam już na zawsze. Zamknęła klapę kibla, usiadła na niej i schowała twarz w dłoniach. Cisza, spokój, żadnego płaczu, drzwi zamknięte. Czego więcej człowiekowi do szczęścia potrzeba?
Naraz jej spokój zniweczyło głośne pukanie, dowodzące, że Oryński zbiera się do kancelarii. Boże, już ta godzina? Przecież dopiero co się położyli.
Nie odpowiedziała, więc pukanie się powtórzyło.
– Odejdź – rzuciła. – Jak najdalej i jak najszybciej.
– Muszę się wysikać.
– Nie interesuje mnie to.
Po drugiej stronie rozległo się kolejne pukanie.
– Wróć z nakazem – mruknęła.
Zordon ani chybi próbowałby dostać się do środka bardziej bezpośrednimi metodami, przeszkodziła mu jednak dzwoniąca komórka. Chyłka usłyszała, jak odbiera i odchodzi, rozmawiając z kimś z kancelarii. Potrafiła bez trudu rozpoznać to po tonie głosu.
Posiedziała jeszcze chwilę, nim zaczęła doprowadzać się do względnego porządku.
Kiedy spojrzała na siebie w lustrze, zobaczyła widmo, ledwie powidok człowieka. Wyglądała nie jakby wychowywała dwójkę dzieciaków, ale codziennie rano wpierdalała fentanyl na śniadanie.
Wróciła na poprzednie miejsce i nim się zorientowała, przysnęła. Ocknęła się, kiedy jakiś pierwotny instynkt zbudził ją, by nie spadła z kibla.
– Chyłka? – rozległ się głos z korytarza.
– Żyję.
– Udowodnij i otwórz drzwi.
Joanna przekręciła blokadę i spojrzała w zmęczone oczy męża. Od razu dostrzegła, że coś się w nich zmieniło. Otępienie spowodowane deficytem snu zastąpiła czujność, gotowość do działania. Zordon przeszedł w tryb adwokacki.
To z kolei ocuciło także ją.
– Co jest? – rzuciła.
– Miałem telefon z okręgówki.
– W jakiej sprawie?
Wahał się o moment za długo, by uszło to jej uwagi. Nie bronił obecnie żadnych klientów, którzy zmagaliby się z postępowaniem na szczeblu sądu okręgowego. Od kiedy urodziły się Pestki, Oryński brał właściwie samą drobnicę z rejonu, kradzieże, rozboje, tego typu rzeczy, by nie wysiadywać za długo w kancelarii i nie przynosić roboty do domu.
– Hm? – ponagliła go.
– Wyznaczyli mnie do urzędówki.
– Pięknie. Tylko tego nam brakowało.
– Mhm.
– Do czego konkretnie?
Znów ociągał się z odpowiedzią, a ona dobitnie zrozumiała, że coś jest nie w porządku. Normalnie obrona z urzędu byłaby dobrym przyczynkiem do kpin – nikomu nie uśmiechała się praca nie tyle za półdarmo, ile powodująca straty finansowe, a z tym najczęściej wiązało się to, co spotkało Kordiana.
Jego mina jednak wykluczała wszelkie żarty. Potarł mocno kark, skrzywił się i wodził wzrokiem dookoła, robiąc wszystko, by nie patrzeć Chyłce w oczy.
– Słyszałaś o tej sprawie z Izabelina?
– Jakiej sprawie?
Odpowiedziała mechanicznie, jakby zadziałał jakiś automat. Owszem, słyszała. Owszem, myślała o niej sporo. I owszem, nie rozmawiała na ten temat ani z Zordonem, ani z nikim innym.
– No wiesz… – dodał Oryński. – Zabójstwo tego małżeństwa, które…
– Nie weźmiesz tego.
Zordon znów uciekł wzrokiem, tym razem w kierunku pokoiku dziecięcego.
– Nie ma mowy.
– Chyłka…
– Nie i chuj.
– Zostałem wyznaczony przez sąd jako obrońca, nie mogę tak po prostu…
– Możesz – ucięła. – Wystąpisz z wnioskiem o zwolnienie z obrony, umotywujesz to obłożeniem pracą i niemożnością należytego reprezentowania klienta.
– To sprawdzą w kancelarii i zobaczą, że od pół roku pracuję na pół gwizdka.
– Więc wykażesz konflikt interesów.
– Nie ma żadnego.
– Zaraz będzie – odparowała Joanna, zbliżając się do niego.
Spojrzała w jego przekrwione, podkrążone oczy, a on cicho westchnął.
– Słuchaj – rzuciła. – Nie bez powodu nazywają to w mediach Krwawą Łaźnią w Izabelinie. To, co się tam stało, przechodzi ludzkie pojęcie. I prędzej odstawię Rejtana na schodach sądu okręgowego, niż pozwolę ci się tego podjąć.
– Nie mam wyboru.
– Masz – zauważyła Chyłka. – Możesz wkurwić albo sąd, albo swoją żonę. Co wolisz?
Przez jego twarz przemknął blady uśmiech, który potwierdzał, że cokolwiek by się działo, do jakiegokolwiek bagna by się zbliżyli, zawsze mogli na siebie liczyć.
– Ta para nastolatków zakatowała rodziców jednego z nich w środku nocy – dodała Joanna. – Weszli do ich sypialni i zaczęli okładać matkę i ojca młotkami. Młotkami, Zordon. Tłukli w nich tak, jak kiedyś stare baby w blokach niedzielnego schabowego.
– Wiem, słyszałem.
– A słyszałeś też o tym, kto ich zainspirował?
– Nie.
– To chwyć się czegoś mocno, bo to znany ci skurwysynger.
– Co?
– Tak jest, Piotr Langer we własnej osobie – rzuciła ostro Chyłka. – Dziewczyna robiła sobie dobrze, marząc właśnie o nim. Śledczy znaleźli w jej komputerze całe bogactwo materiałów: zdjęcia, filmiki, informacje prasowe, cały pakiet. W dodatku dość aktywnie popisywała się podczas ostatniego procesu Pitera, oczywiście paradując w bordowym garniturze i czarnym krawacie.
Joanna niechętnie myślała o tym, co się wówczas działo. Stała z boku, nie angażowała się, starając skupić się na dzieciach. Raz po raz jednak kontaktowała się z Paderem, by wybadać, jak idą sprawy.
Nie szły dobrze. W dodatku uaktywnił się seryjniak o pseudonimie „Ozyrys”, który spędzał prokuraturze sen z powiek. Aż dziw, że tamta dziewczyna nie dodała także tego zwyrodnialca do panteonu swoich idoli.
– To jeszcze nie znaczy, że ona…
– Gdyby „Bravo” wciąż istniało i wypuściłoby plakat z Langerem, powiesiłaby go sobie nad łóżkiem.
– Daj spokój.
– I to nie wszystko, Zordon – ciągnęła Chyłka. – Psychopatka miała multum materiałów związanych z innymi zbrodniami.
– Może interesuje się true crime.
– O, z pewnością. Szczególnie intrygowała ją sprawa z Rakowisk sprzed ponad dziesięciu lat, która posłużyła jej jako wzór. Miała obsesję na punkcie tamtych nastolatków, próbowała nawet się z nimi skontaktować.
– Według mediów.
– Które przemaglowały znajomych dziewczyny, a w dodatku dotarły do informacji z jej przesłuchania.
Oryński mruknął z niezadowoleniem.
– Dobrze wiesz, że takie zeznania mogły zostać wymuszone – zauważył, a ona poczuła, jakby już wskoczył w buty obrońcy tej dwójki. – Tak naprawdę nie wiadomo, co stało się w Izabelinie.
Joanna uniosła brwi.
– Nie wiadomo? – powtórzyła. – A pokiereszowane zwłoki matki i ojca nie dają ci o tym pojęcia? Zmiażdżone ciała, długo i bestialsko katowane, w dodatku przez osobę, której tych dwoje dało życie, a potem…
– Początkowo ich nie zatrzymano – skontrował Zordon. – Byli na rozpytaniu w charakterze świadków, nie podejrzanych. Dopiero w pewnym momencie ktoś uznał, że mogą być sprawcami.
– No. Ciekawe dlaczego? Może chodziło o fakt, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na nich?
Chyłka nie czuła się komfortowo w pozycji, w której właśnie ustawił ją los. Była adwokatem, zawsze uznawała, że każdy zasługuje na obronę – sama zresztą nieraz to udowadniała, podejmując się reprezentowania osób przekreślonych przez społeczeństwo.
Stała na stanowisku, że nie broni się czynu, tylko osoby, a jedno z drugim nie jest tożsame. Prawnik nie może nikomu odmówić, podobnie jak lekarz nie może odejść od stołu operacyjnego, na którym leży seryjny zabójca.
Ta sprawa jednak do szpiku nią wstrząsnęła, wyprowadziła z równowagi. Może chodziło o to, że nie spała od przeszło sześciu miesięcy, ciało miała rozregulowane, a umysł zamglony. A może wynikało to z czegoś innego.
Nie potrafiła znaleźć w sobie na tyle zawodowej empatii, by wyobrazić sobie obronę tych nastolatków. Wciąż widziała, jak wchodzą do sypialni rodziców, jak unoszą młotki, jak dają sobie znak, a potem zaczynają okładać ofiary.
Matka podobno zginęła dość szybko, ojciec długo się bronił. Najpierw próbował chronić żonę, potem walczył już jedynie o swoje życie. Udało mu się wyczołgać na korytarz, zostawiając za sobą rzekę krwi, ale kiedy dotarł do kuchni i rzucił się po nóż, córka rozbiła mu głowę ostrym końcem młotka.
Joannie trudno było myśleć o tej dziewczynie w kategorii potwora. Wydawała się zbyt łagodna, a jednak nie potrafiła znaleźć właściwszego słowa.
Jaki mrok musiał drzemać w tej siedemnastolatce? Jakim cudem mógł być obecny w kimś tak młodym? Właściwie w kimkolwiek?
Skupiła wzrok na Kordianie, który właśnie ściągał z wieszaka marynarkę. Wiedziała, że nie odmówi obrony. Nie był typem adwokata notorycznie wykręcającego się z urzędówek.
Mimo wielu lat pracy nie umarły w nim ideały, stojące u fundamentów palestry. Był przekonany, że etyka zawodowa nie jest tylko zbiorem przypadkowych, mających zakłamać rzeczywistość przepisów, tylko drogowskazem, wedle którego należy obierać kurs.
Zrobi wszystko, by wypełnić swoje obowiązki. I sprawić, by para została uniewinniona.
Koniec końców nie był to dla Chyłki problem pod względem moralnym.
Chodziło o coś zupełnie innego.
O bezpośrednie powiązanie między nią a dziewczyną, które Zordon odkryje, kiedy zacznie badać sprawę.
Substytucja
Kiedy wieść o szokujących zdarzeniach w podwarszawskim miasteczku obiega świat palestry, żaden adwokat nie pali się do podjęcia obrony nastolatki, która razem z kolegą zamordowała swoich rodziców. Horror, który przed śmiercią przeszło małżeństwo, podaje w wątpliwość człowieczeństwo podsądnych.W sytuacji braku adekwatnej reprezentacji oboje składają do sądu wniosek o ustanowieni...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio