I
Po latach widzę jego szorstkie dłonie, które trzymały nie wiosło, tylko lejce dwukonnego zaprzęgu, a jednak mimo tej różnicy pan Bieszk wypływa z krainy pamięci jako przewoźnik nie z jednej dzielnicy miasta do drugiej. Może nazywał się Bieszke? Na pewno nie Bieszczański. Kaszubi nie nosili takich nazwisk. Przynajmniej nie ci, których znaliśmy z targu w Oliwie, Gdańskiej Wyżyny albo wiosek na Helu. Więc niech już tak zostanie – Bieszk. Dlaczego jednak zaczynam od niego? Miał powykręcane reumatyzmem palce, symetryczne blizny na obu policzkach, zawsze trzydniowy zarost, który nigdy nie stawał się regularną brodą, pachniał przy tym cały tabaką, końmi i ciężką pracą, a ulgę w niej przynosił mu od czasu do czasu łyk czegoś mocniejszego. Kiedy zaciął batem Gniadosza i Baszkę, gdy wóz załadowany naszym dobytkiem zaczął powoli toczyć się aleją lipową w dół, do bruku ulicy Polanki, spojrzałem za siebie i w oknie dużego pokoju, za pożółkłą firanką ujrzałem panią Gretę. Kiwała dłonią najwyraźniej tylko do mnie, jakbym był jej wnukiem. Jakby chciała zatrzymać mnie jeszcze na chwilę po tamtej stronie. Ale Bieszk z kozła już podśpiewywał po kaszubsku: – Chcemë so wëpic z ti malnczi bùdelczci[1] – czemu nieśmiało towarzyszył, pomrukując, mój ojciec. Mama milczała. Jednak po chwili, gdy wóz turkotał już na Polankach, powiedziała: – Nareszcie. Coraz dalej od Niemry!
Kopyta perszeronów człapały o kamienie ułożone tutaj za czasów kajzera Wilhelma, a ja byłem właściwie szczęśliwy, że przeprowadzimy się do nowego mieszkania, w którym nareszcie będę miał własny kąt. Właśnie mijaliśmy przęsła zerwanego mostu umarłej linii kolejowej, które – niczym żebra starożytnego mamuta – oddzielały tamtą część Oliwy od Wrzeszcza, gdy pan Bieszk odwrócił się z kozła do mnie, pytając:
– Wëzgódka[2]?
Skinąłem głową w oczekiwaniu.
– Co to je: nie bòdze, chòc mô rodżi, nie chòdzy, chòc mô nodżi[3]?
– Stół – odparłem natychmiast.
Ledwie przytaknął i natychmiast zadał następną zagadkę.
– Co to je: je zeloné, wisy na drzewie i spiéwô[4]?
Nie znajdowałem odpowiedzi. Pan Bieszk uśmiechnął się tryumfalnie i wreszcie powiedział:
– To je sledz!
– Ale śledź nie jest zielony – zawołałem.
– Czej të gò wëmalëjesz, tej òn mdze zelony[5].
– Ale śledzie nie wiszą na drzewach – wątpiłem.
– Czej të gò pòwiesysz, tej òn mdze wisôł[6].
– No, ale śledź nie śpiewa – wątpiłem.
– To jo tak rzekł – uśmiechnął się pan Bieszk – żebës nie wëzgódł.
Ojciec, który siedział obok mamy na drewnianej ławeczce, zaśmiał się cicho, a pan Bieszk uznał, że musi jeszcze coś do mnie powiedzieć. Przeszedł w tym momencie na polski.
– I co się smucisz? Nie ma co. Przeprowadzka to nie wojna. Nie pożar. Nie choroba. To początek. A nié kùńc[7] – zakończył jednak po swojemu.
Słońce schowało się za ciężkimi chmurami. Siąpił drobny deszcz. Mało było walizek, dużo za to tobołków, drobnych pakunków, pudełek, worków, całe mnóstwo luźnych przedmiotów: młynek do kawy, termofor, maleńki zegar szafkowy, jakieś poduszki, książki, deszczułki na przyszłą szafkę do przedpokoju, kilka par butów, radio lampowe z patefonem, garnki: słowem, prawdziwa przeprowadzka biedaków. Pan Galiński, który już mieszkał w nowym domu – na pierwszym piętrze – pomagał nam nosić rzeczy do naszych dwóch pokoi na parterze. Bieszk też pomagał. Więc poszło szybko. Furmanka stała naprzeciw domu: konie skubały sobie trawę z łąki, a mój ojciec – kiedy już wszystko zostało wniesione – poprosił Bieszka i Galińskiego na poczęstunek. W kuchni, gdzie nie było jeszcze białego kredensu z mlecznymi szybkami ani taboretów, ani nawet stołu, trzej mężczyźni stali przy oknie nad otwartą butelką czystej wódki, zagryzali słoniną, ogórkami i chlebem i byli szczęśliwi, bo przecież tego dnia nie mieli już cięższej pracy, zupełnie jakby nastało święto w powszedni dzień. W łazience, gdzie jeszcze pachniała ostro olejna farba lamperii, przy wannie królowała żeliwna, wysoka kolumienka z małym piecykiem pod spodem.
– Musisz się nauczyć podkładać ogień – powiedziała mama – żeby była ciepła woda. To będzie zawsze twoje zadanie.
Więc najpierw na sam spód poszła gazeta, „Głos Wybrzeża”. Na nią szczapki drewna. Potem nieco grubsze, krótkie polana. Dopiero po dobrej chwili – jak ogień zabuzował – trzeba było dorzucić dwie szufelki węgla ze stalowej skrzynki. Blask płomieni zza żeliwnej kratki był na tyle mocny, że wyłączyłem światło elektryczne i od razu polubiłem swoje nowe zajęcie.
Mężczyźni w tym czasie skręcali dwa łóżka: pierwsze drewniane w sypialni rodziców, a potem żelazne, znacznie mniejsze, w moim pokoju, po czym wrócili do kuchni, ani przez chwilę nie przerywając głośnej rozmowy. Historia wkraczała właśnie w moje ulubione regiony fikcji, która zanim stała się opowieścią, brała przecież swój początek z realnych zdarzeń, takich jednak, jakich nikt nie byłby sobie w stanie wyobrazić. Mój ojciec właśnie porzucił na Motławie kajak, cisnął za siebie wiosło, a wraz z nim całe swoje dawne życie, i z małym plecakiem ruszył pierwszą wypaloną ulicą szukać nowego życia, pośród dymiących jeszcze ruin domów i kościołów, przeskakując niepogrzebane trupy ludzi i koni, omijał resztki wojennych sprzętów tarasujące niejedno przejście czy skrzyżowanie, gdzieniegdzie zatrzymywał go jakiś sowiecki patrol, lecz żaden nie potrafił mu wyjaśnić, gdzie znajduje się ów mityczny PUR, dokąd musiał dotrzeć, aby otrzymać przydział na coś do jedzenia i kwit wraz z urzędowo wyznaczonym adresem. Dopiero na politechnice, gdzie dotarł po godzinnym forsownym marszu i gdzie potwierdzono, że może się zapisać na pierwszy trymestr budowy okrętów, ale dopiero za parę tygodni, jak ruszy rekrutacja, dopiero więc tam, na jego przyszłej uczelni, wskazali mu adres owego magicznego PUR-u, dokąd znów wędrował piechotą, wracając do spalonego Śródmieścia wzdłuż Wielkiej Alei, na której rozoranych pociskami torowiskach stały wypalone tramwajowe wozy bez szyb i czołowych świateł, niczym procesja kalekich, obrzydliwych ślepców.
– A nie żal było panu porzucić ten kajak na Motławie? – dziwił się Galiński. – Przecież wtedy to musiało kosztować sporo grosza. Albo można było wymienić na jedzenie, co najmniej dwie puszki marmolady albo jedną tuszonkę!
– Nie było zapotrzebowania na kajaki w tamtym czasie – odparł spokojnie ojciec. – Poza tym zrobiłem nim prawie siedemset kilometrów, najpierw Dunajcem, potem Wisłą. Miał więcej łat niż my wszyscy lat. Dziurawa krypa. Gorsza od starej kaszubskiej płaskodenki. Drewniany złom.
Wiedziałem, że zaraz nastąpi w ulubionej przeze mnie opowieści o początku zwrotny moment – na kwadrans przed zamknięciem biura PUR-u, gdzie w wąskim korytarzu kłębiło się mrowie zrozpaczonych ludzi, mój ojciec spojrzał na pana Bieszka, a pan Bieszk spojrzał na mojego ojca i od razu się zaprzyjaźnili. Bieszk wiedział, jak dostać się do najważniejszego urzędnika bez kolejki, ale nie umiał napisać po polsku podania, po kaszubsku nikt by tego nie zechciał wziąć do ręki, a niemiecki – jakim nabazgrał kiedyś do matki aż trzy kartki z frontu – nie był już językiem urzędowym, niemiecki na własne życzenie sam się w Gdańsku na całe lata wyłączył z użycia – więc ojciec szybko, na kolanie, śliniąc kopiowy ołówek, napisał panu Bieszkowi co trzeba: prośbę o zwrot dwóch koni, które dzień wcześniej, wraz z furmanką, zarekwirował mu sowiecki wojskowy patrol na potrzeby Czerwonej Armii, i weszli tak przed oblicze najważniejszego urzędnika PUR-u, z podaniem o zwrot rolniczego zaprzęgu i ustną prośbą o przydział miejsca do spania dla mojego ojca.
Nic nie załatwili.
– Mieszkań wolnych nie ma. Wszystko już zajęte. Zjeżdżają wciąż. Z Wilna. Z Lidy. Ze spalonej Warszawy. Ze Lwowa. Z Tarnopola. Musi pan czekać – zwrócił się urzędnik do ojca. – Jak wyrzucimy za pół roku Niemców, na pewno coś się zwolni. Cały Wrzeszcz i Sopot musimy wykwaterować. Ale na razie nie ma pociągów. Szwaby powysadzały mosty i tory. Kacety powinniśmy zapełnić nimi. Niechby sobie pomieszkali sezon w Stutthofie. Pod dymkiem z krematorium. W smrodzie baraków. No, chyba że zdecyduje się pan – urzędnik zdjął na chwilę okulary w rogowych oprawkach i przecierał szkła – zamieszkać przy rodzinie niemieckiej. Ma to jeden plus. Jak już wyjadą, może pan się starać o większy metraż, na przykład zająć dwa pokoje.
Ojciec nie miał ochoty na takie rozwiązanie. Został wpisany na listę oczekujących. Bieszkowi urzędnik zaś poradził, żeby dał spokój – to bowiem, co przejmuje Czerwona Armia, ginie na amen. Jak kamień w wodę. Widząc ich smętne miny, doradził:
– Możecie udać się do radzieckiej komendantury. Tam jest prawdziwa władza. Oni czasami lubią spełniać prośby biednych ludzi. O ile was od razu nie aresztują.
Tak, to była druga odsłona mojej ulubionej historii o początku: pan Bieszk i mój ojciec przed budynkiem sowieckiej komendantury miasta, kiedy się zastanawiają: wchodzimy czy nie. Z dwoma podaniami: tym pana Bieszka, podstemplowanym przez polskiego urzędnika, i drugim – z prośbą o kwaterunek dla mojego ojca, które urzędnik zechciał łaskawie sam wystawić. Więc weszli. Bocznymi drzwiami. Zrewidowani dokładnie. Czekając w pakamerze, pod uważnym spojrzeniem wartownika o lekko skośnych oczach. A potem: lustrzana sala balowa pałacyku. Jedynego, który nie spłonął w Śródmieściu. Stół ustawiony w podkowę. Komendant generał lejtnant Siemion Mikulski siedział u szczytu. Po jego obu skrzydłach – lewym i prawym – oficerowie. Pułkownicy, majorzy, kapitanowie, lejtnanci. I ordynansi – stojący za krzesłami. Stół uginał się od jedzenia i trunków. Z pobliskich hoteli, już spalonych, ale o głębokich, do niedawna zasobnych piwnicach: Vanselow, Deutsches Haus, Hansa, Metropol, Continental. Komendant był nad wyraz uprzejmy. Zanim pan Bieszk i mój ojciec się odezwali, posadził ich obok siebie i kazał wypić wspólny toast za pabiedu i za Stalina. Wypili. Wtedy dopiero pan Bieszk i ojciec dostrzegli fryzjera w białym kitlu. Niemieckiego jeńca. Stał za komendantem z kryształową karafką kwiatowej wody i kiedy tamten przełknął szklankę trunku, fryzjer ów, z pomocą gumowej gruszki i wężyka podłączonych do karafki, wtłaczał w rozwarte usta komendanta dekokt kolońskiej wody. Trzema szybkimi pufnięciami. I wycofywał się o krok, z szacunkiem, za krzesło komendanta, pod muszką dwóch pepeszy adiutantów. Zadanie swoje spełniał z najwyższą godnością i maestrią, zupełnie tak, jakby przez wszystkie lata swojej fryzjerskiej pracy na Oruni przygotowywał się wyłącznie do tej misji. Zatem jedli i pili pan Bieszk i mój ojciec w towarzystwie radzieckich oficerów, dawno już minęła północ, wypito toasty za wygrane bitwy od Kurska po Stalingrad, adiutanci rozesłani na cztery strony świata wreszcie powrócili z dobrymi wiadomościami, kładąc przed komendantem miasta już tylko do podpisu dwie urzędowe bumagi: pierwszą o tym, że kiedy pan Bieszk, rolnik ze wsi Rębiechowo, zgłosi się w ciągu następnych trzech dni z tym oto dokumentem, z działu transportu zostaną mu wydane dwa zdrowe pociągowe konie, a w miarę możliwości także furmanka, którą omyłkowo nadgorliwy patrol zatrzymał. Wyżywienie narodu polskiego, wyniszczonego wojną, jest zadaniem ważnym – dopisał własnoręcznie komendant i złożył zamaszysty podpis, po chwili podpisując także przydział jednego pokoju przy Pelonkerweg dla mojego ojca, ważnego pracownika – jak głosił dokument – stoczni. Komendant sam przyłożył pieczęcie, wypili strzemiennego za przyjaźń, a także za światowy proletariat, fryzjer Niemiec raz jeszcze odświeżył rozwarte usta komendanta i już wychodzili z lustrzanej sali balowej pan Bieszk i mój ojciec, podtrzymując się wzajemnie pod ramię, wspierając każdy ryzykowny krok, bo przecież na podłodze pełno było potłuczonego szkła, a jeden z lejtnantów, który przespał podpisywanie i pieczętowanie – teraz obudzony, ujrzawszy nagle dwóch cywilów oddalających się od stołu, wyrwał adiutantowi pepeszę i zaczął pruć w ich stronę serią, na szczęście niecelnie, bo drugi, nieco przytomniejszy lejtnant podbił lufę ku górze, więc kule odłupywały z sufitu sztukaterię, cięły niczym brzytwa kryształowe żyrandole, roztrzaskiwały górne partie luster, rozszarpywały ramy i płótna obrazów, gwizdały w okna i wraz z potężnym uuuurrrrraaaaa, które wyrwało się z oficerskich gardeł, przygięło pana Bieszka i mojego ojca nieco do parkietu, na szczęście już byli w drzwiach i usłyszeli jeszcze potężny ryk komendanta – Durak, nie strieliaj!!! – by chwilę potem znaleźć się na ulicy między spalonymi kościołami Świętej Elżbiety i Świętego Józefa, wiodącej do dworca.
Galiński, który nie słyszał jeszcze nigdy tej historii, stał wpatrzony to w mojego ojca, to w pana Bieszka, bo byli jak operowy duet, gdy jeden kończył frazę, drugi natychmiast ją podejmował, nie zmieniając tonacji – a wszyscy trzej stali przy oknie, ich sylwetki odbijały się w szybie nieokrytej jeszcze firankami, tak jak żarówka bez klosza i postać mamy, która właśnie stawiała na rozgrzanej już płycie westfalki imbryk na herbatę, moja sylwetka też mignęła na moment między nimi w ciemnym zwierciadle szyby – przemknąłem przed drzwiami kuchni, mówiąc szybko – dobranoc – wiedziałem, że za chwilę moja ulubiona opowieść o początku przejdzie w fazę trzecią, najdziwniejszą i niesamowitą: szli dobrą godzinę pan Bieszk i mój ojciec Wielką Aleją i tam, gdzie zaczyna się Wrzeszcz, znów jak w Śródmieściu zaczęły ich śledzić puste oczodoły okien, osmalone mury, szkielety kamienic, wraki ciężarówek i zupełna, niesamowita cisza, w której nieśmiały, wczesny brzask doświetlał schodzący właśnie za leśne wzgórza księżyc. Z Adolf-Hitler-Strasse skręcili w ówczesną Hochstriess, czyli dzisiejszą Słowackiego, kłócąc się nie na żarty co do przyczyny śmierci niemieckiego jeńca, fryzjera od wody kwiatowej. Obaj widzieli to w lustrze, bo umykając przed serią z pepeszy, nie oglądali się przecież za siebie, więc ogromne zwierciadło wiszące nad dwuskrzydłowymi drzwiami pokazało im to, co działo się przy stole, ale każdemu inaczej.
– To musiał być rykoszet – twierdził ojciec – odbity od sufitu, trafił fryzjera w sam czubek głowy, potem kula przeleciała w dół, wypadła przez brodę i jeszcze szklany flakon z wodą kwiatową rozbiła, zanim fryzjer upadł twarzą na obrus, obok zdziwionego komendanta miasta.
– Nié – upierał się Bieszk – to tak nie bëło. Jak òbudzony lejtnant z pepeszë zaczął pruc, frizjéra[8] zrobił krok w przódk[9], nieù[10], a tédë adiutant z tëłu, nie wiedzącë, co bandze, hùknął gòlibrodã w łeb z pistólu[11]. Od tyłu.
– Jak by mu strzelił w tył głowy z tak bliska, to czaszka by pękła jak tykwa – upierał się ojciec.
I tak dyskutowali o świcie, idąc w kierunku przedmieścia. Po lewej stronie szumiała im Strzyża, ujęta w tej części swojego biegu w ceglano-kamienne koryto, po prawej mieli stare pruskie koszary opuszczone przez ducha pruskiego na zawsze, choć niezajęte jeszcze przez polskie ludowe wojsko i nagle, za sobą, od strony Adolf-Hitler-Strasse usłyszeli dziwny dźwięk, narastający szum, odmienny jednak od tego, jaki wydawała rzeczka, szum, który najpierw nieśmiało wkradał się w plusk wody, potem dorównywał mu w sile dźwięku, aż wreszcie zakrywał go i dominował na całej ulicy. Ile ta żywa rzeka miała szerokości?
– Dzesãc[12] métrów – przypomniał sobie teraz Bieszk. – To wëzdrzało jakbë diôbłë z lincucha spùszczac[13]!
– Kazy[14] – ojciec zwrócił się do Bieszka po imieniu – co ty pleszczesz[15]? To było co najmniej na dwadzieścia metrów szerokie.
– Może dzesãc i piãc, jo, ale taczi szeroczi[16]?
– Policz tylko – ojciec odchylał palce – ze trzy metry chodnika przy płocie koszar. Potem ulica szeroka, powiedzmy, na dziesięć, jedenaście metrów. A tam, z drugiej strony od krawężnika do rzeczki, jeszcze ze cztery metry – trawa z wydeptaną ścieżką. I one wypełniały to wszystko, biegły wszędzie.
– Biegły... To znaczy kto? Jakieś dzieci? – dziwił się Galiński.
– Szczury – odpowiedzieli równocześnie, na dwa głosy pan Bieszk i mój ojciec.
Początek szarej rzeki budził strach. Gryzonie, które szły na przedzie w nieregularnej szpicy, popędzane były i popychane przez następne. Szczury z drugiego, trzeciego, czwartego szeregu wskakiwały na te z przodu i po ich grzbietach usiłowały zająć miejsce przewodników. Popiskiwały przy tym i tratując się, gryzły. Za tą wzrastającą falą rozlewał się nieco bardziej regularny pochód. Pan Bieszk i mój ojciec w ostatniej chwili zdołali wskoczyć na ceglany murek ogrodzenia koszar i trzymając się żeliwnych sztachet płotu, spoglądali w dół. Te szczurze spojrzenia małych ślepi, które ich omiatały, mówiły z żalem: „Jaka szkoda, że nie chcieliście zostać na ulicy, najpierw ogryzłybyśmy wam pięty, potem kostki, a kiedy już padlibyście na bruk, poszłoby szybciutko, jak z gąsienicą w mrowisku”. Inne znów dodawały: „Tylko trzymajcie się mocno! Po tych, którzy spadają z ceglanych murków pruskich koszar, na bruku kości pozostają”. Jeszcze inne, bardziej zawzięte, raczyły wyjaśnić: „Myślicie, żebyśmy tam nie weszły? Nie dostały was? Phi, co za sztuka! Nie takie piramidki potrafimy układać z samych siebie, nawet na piętra się wspinamy. Tylko nasz pośpiech was ocala, głupcy!”.
Ile to mogło trwać? Co najmniej pół godziny, może czterdzieści parę minut. Tu obaj odbiorcy szczurzej defilady byli zgodni: lekko zdrętwiały im ramiona od trzymania się żeliwnych sztachet. I nie od razu zeskoczyli na chodnik. Czekali, aż ostatni szereg szczurzej rzeki zniknie w odległej perspektywie ulicy, gdzieś obok spalonego czołgu, jakby obrały kierunek leśnych wzgórz, które otaczały pierwszą za miastem wioskę Brentau.
Bieszk powinien maszerować właśnie w tamtym kierunku, ale za koszarami skręcił wraz z ojcem w prawo, bo postanowił odprowadzić go na Pelonkerweg, a potem wrócić do swojego Rębiechowa na skróty, przez las. Moja ulubiona opowieść o początku zbliżała się nieuchronnie do czwartej, finałowej części, ale tym razem nie została wykonana: Galiński pożegnał się i poszedł na górę, wkrótce po nim pan Bieszk opuścił nasze nowe mieszkanie, ojciec odprowadził go przed dom, przez okno widziałem, jak zapala naftową lampę przyczepioną na tyle furmanki, podczas gdy Bieszk taką samą rozjarza z przodu, na kołku po lewej stronie kozła, Gniadosz i Baszka bez żadnej komendy ruszają wolno po łące, skręcają na kocie łby ulicy, mój ojciec stoi pod kasztanem i macha panu Bieszkowi na pożegnanie, patrząc, jak słaby płomyk naftowej lampy, która ruszała się jak wahadło zegara, niknie w ciemnościach. Nie mogłem zasnąć. Przypominałem sobie różne obrazy z mojej ulubionej historii początku: kajak ojca sunący wzdłuż Wyspy Spichrzów, na której żarzyły się jeszcze, niczym piętrowe dymarki, ruiny zbożowych fortun, widziałem niczym na wyświetlanym po raz setny filmie, jak dziób kajaka dobija wreszcie ostrożnie, powoli do przełamanego wpół i nadpalonego pomostu, drewno stuka o drewno, ojciec wskakuje na smołowane deski, odpycha kajak, rzuca za siebie wiosło, idzie pomostem i przeskoczywszy parę niebezpiecznych wyrw, stawia wreszcie stopę na swojej ziemi obiecanej, do której nikt go nie wezwał, którą sam sobie obiecał i wymarzył. Widziałem, jak podchodzi lipową aleją od Pelonkerweg, wzdłuż dolnego parku i dolnego stawu, do domu pani Grety, który wyglądał na mały pałacyk albo na obszerną willę, dopiero z bliska spostrzega dziurę w dachu i kilka zniszczonych okien, efekt pocisku moździerza, bo przecież nie bomby czy artylerii, po których niewiele by zostało; idący za nim pan Bieszk aż pogwizduje z uznania: – Taczi wiôldżi dodóm[17], taczi pańsczi – szepce – mòja nënka ò nim czedës wspòminała[18]. Diôchła tam[19] – klepie ojca po plecach – wôrt bëło te kilométrë wanożëc[20]. Obchodzą dom, który wygląda na opuszczony, przez niezamknięte drzwi ogrodowe wchodzą do sieni, a stamtąd trafiają do kuchni, wielkiej, jasnej, niezniszczonej, i w milczeniu przyglądają się porcelanie w kredensie, mosiężnym patelniom na ścianach, dwóm kuchenkom: niewielkiej gazowej i tradycyjnej na węgiel, która jest wielkim piecem z ozdobnymi kaflami i żeliwnym blatem, siadają przy stole, nie bardzo wiedząc, co robić dalej, czy kogoś wołać, czy też szukać pierwszego wolnego pokoju, jeśli drzwi będą otwarte. Pan Bieszk dopiero teraz spostrzega drewniany pojemnik na chleb, otwiera wieko i ku wielkiemu zdziwieniu znajduje tam bochenek zawinięty w kawałek płótna; bierze nóż, odkrawa dwie kromki, mój ojciec bez trudu znajduje sól i żują powoli to wczesne śniadanie, pierwsze przy tamtej ulicy, której nazwa nie wróciła jeszcze wtedy do słowiańskiej wersji, tak więc ten lekko sczerstwiały, ale smaczny chleb, wypieczony w Oliwie przy Starym Rynku, mój ojciec i pan Bieszk jedli jeszcze przy Pelonkerweg, nie przy Polankach. Uchyliły się drzwi pokoju kredensowego, ostrożnie, powoli, ale ze skrzypnięciem zawiasów, i przez szparę wyjrzała pani Greta.
– Są panowie głodni? – zapytała po niemiecku, a potem dodała po rosyjsku – wkuszat’ kuszat’? – i znowu przeszła na niemiecki – jest tylko resztka marmolady, tam, w kamiennym garnku. Weźcie sobie i idźcie, tu na górze mieszkają rosyjscy oficerowie, nie trzeba ich budzić, będą źli.
– Jestem Polakiem – powiedział mój ojciec po niemiecku – a to mój przydział na pokój, w tym domu, z komendantury miasta.
Podał jej papier, którego i tak nie potrafiła przeczytać, uważnie patrzyła jednak na duże pieczęcie z gwiazdą, sierpem i młotem, na rosyjskie bukwy, na podpis generała Mikulskiego. Pan Bieszk już się żegnał, dziękował ojcu za napisane podanie, powiedział, żeby go kiedyś odwiedził w Rębiechowie, pierwsza checz[21] za skrzyżowaniem drogi na Bysewo, ojciec dziękował za towarzystwo w drodze, odprowadzenie na Pelonkerweg, a pani Greta zrozumiała tylko jedno słowo: Schwedischer Damm[22], bo właśnie nazwę tej leśnej drogi, którą miał teraz pomaszerować jeszcze kilka kilometrów do domu, Bieszk wymienił z przyzwyczajenia po niemiecku. Kiedy wyszedł, poprowadziła ojca na górę i wskazała mu pokój, bez słów przyniosła pościel i poduszkę. Nigdy go nie zapytałem, o czym śnił po raz pierwszy w tamtym domu, ale teraz, kiedy już kleiły mi się oczy, kiedy słyszałem jeszcze rodziców krzątających się za ścianą, przypomniałem sobie słowa pani Grety tuż sprzed naszej przeprowadzki: – Tylko zapamiętaj, co ci się przyśni pierwszy raz na nowym miejscu, to ważne.
Wtedy chyba zapamiętałem. Dzisiaj, gdy próbuję opowiedzieć tę historię, nadać jej jakąś linię, rozpisać na kilka głosów, choć przecież nie na pięciolinii, takich szczegółów nie potrafię już odtworzyć. Umknęły bezpowrotnie, jak tamta niekończąca się melodia, która nigdy nie zabrzmiała na scenie Opery Leśnej ani potem na żadnej innej scenie, a którą tyle razy słyszałem w domu przy Polankach, kiedy na fortepianie grywała ją pani Greta często z pamięci, czasem z wyciągu Ernesta Teodora. Uwielbiałem stać obok jej taboretu i przekładać strony zapisane czarnymi tajemniczymi znaczkami, wiedziała, że nie umiem czytać nut, więc kiedy nadchodził stosowny moment, skłon jej głowy był sygnałem do działania, tak jak w tej chwili samo wspomnienie szelestu tamtych kartek wprowadza nowy głos, nową postać i nowy motyw równocześnie: Ernesta Teodora.
Właśnie zapakował walizkę, Greta sprawdza, czy niczego nie zapomniał, bo nie ma w podróży bardziej irytującej sytuacji niż ta, gdy zabraknie jakiegoś drobiazgu – spinek do mankietów, szczoteczki, pidżamy na zmianę. Wszystko to oczywiście można kupić, ale na ogół nie wówczas, gdy jest natychmiast potrzebne: ozdobne spinki przed oficjalnym spotkaniem albo termofor o północy, gdy w hotelowym pokoju jest zbyt chłodno i nawet nie byłoby kogo posłać po taki zakup, pomijając absurdalną myśl, że jakaś drogeria mogłaby handlować w środku nocy.
– Zapomniałam, jak się nazywa ten twój antykwariusz – pyta Greta, opuszczając klapę walizki. – Musisz tam jechać?
Ernest Teodor, zapatrzony w parę sójek, które po kilku okrążeniach lądują na brzegu dolnego stawu, długo milczy, jakby pytanie nie było skierowane do niego albo nie usłyszał słów żony. Z pewnym zmęczeniem w głosie, bo przecież już o tym mówił, wyjaśnia:
– To nie jest mój antykwariusz. Przyjaźnił się z ojcem. Jadę do Budapesztu, bo nigdy tam nie byłem. Od tygodni źle idzie mi praca, wiesz najlepiej. Może tych parę dni coś odmieni?
– Natchnienie w Budapeszcie. Podobno wesołe miasto. I mnóstwo kabaretów – śmieje się Greta.
– Prosiłem cię gorąco: jedź ze mną – Ernest Teodor nie podejmuje żartobliwego tonu. – Zdecyduj się, to ruszymy jutro. Albo pakuj się zaraz, pospieszny jest za dwie godziny. Odpisałem Fiedlerowi, że zadzwonię z hotelu, jeśli w ogóle przyjadę. Pozostał cały miesiąc.
– Miesiąc na co?
– Zamyka antykwariat. Wyjeżdża. Ma mnóstwo starodruków. Unikatowe partytury. Listy kompozytorów.
– Czemu ich nie sprzedaje?
– Część pewnie sprzeda. Ale są takie, które chce oddać wyłącznie w dobre ręce.
– Opuszcza Węgry?
– Ma swoje lata. Pisze, że jest zmęczony. Jedzie do Palestyny.
– To Żyd?
– Widzisz w tym coś złego?
– Uważasz, że mogłabym tak myśleć?
– Nie uważam. Ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
– O antykwariuszu Fiedlerze?
Ernest Teodor wzrusza ramionami, dopina walizkę, idzie do garderoby po wygodną w podróży sportową marynarkę, już przy szafie, przesuwając rząd wieszaków, słyszy za sobą kroki żony. Jest czuła, obejmuje go ramieniem, pocałunki, których nie oczekiwał, sprawiają mu przyjemność, ale to przecież nie Greta uwodzi w tej chwili swojego męża, jest odwrotnie: Ernest Teodor szepce jej to jedno, jedyne, tylko ich wspólne słowo do ucha, jego sekret polega na tym, że żadne z nich nie chce i nie potrafi stawiać mu oporu, to krótkie słowo jest jak wytrych do wszystkich znanych i jeszcze nieodkrytych minut rozkoszy, jest fermentem burzliwej ekstazy zawartej w kilku zwyczajnych sylabach. Nie idą do sypialni, są teraz jak kochankowie, którzy nie mają wiele czasu: zachłanni, łapczywi, zmierzający wprost do celu na wąskim szezlongu w garderobie, i wiedzą już, czują, gdy jej czółenka i pończochy spływają na parkiet, a jego koszula i spodnie fruną obok nich, spodziewają się tego, że w szczytowym momencie, by zwiększyć jeszcze siłę doznania, Greta uniesie nieco głowę i nadstawi ucho tak, by wyszeptał jej, powtórzył to słowo jeszcze kilka razy, tak, właśnie tak, jeszcze raz przed krótkim rozstaniem.
Zanim Frankowski wyjdzie z domku ogrodnika i przejdzie dolnym parkiem ku Oficynie Francuza, zanim otworzy garaż, wyprowadzi samochód, włoży czapkę szofera i zajedzie pod front, Greta i Ernest Teodor zdążą jeszcze wypić kawę i porozmawiać. O tym, że wróci z Budapesztu najdalej po trzech dniach. Także o nowej dziewczynie, która ma dzisiaj popołudniem zgłosić się do pracy. Jest po szkole gospodyń pani Frühling, najlepszej w mieście: gotuje, sprząta, podaje do stołu, przy kwiatach może pomagać Frankowskiemu.
– Jak się nazywa? – Ernest Teodor wiąże krawat przy wielkim tremo.
– Bernadeta Neugebauer. Woła się na nią Bernatka.
– Polka?
– Kaszubka.
– Ach tak – mówi obojętnie Ernest Teodor. – No to niech będzie Kaszubka.
Schodzą frontowym wejściem na podjazd. Frankowski znosi walizkę i złożywszy ją w bagażniku, otwiera tylne drzwi, sam siada za kierownicą. Kiedy przez Pelonkerweg i Georgstrasse[23] odwiezie Ernesta Teodora na dworzec w Oliwie, ma jeszcze umówioną wizytę w warsztacie Hoffmayera: smarowanie drążków, wymianę oleju, naprawę lewego reflektora. Pewnie dlatego Greta nie jedzie na dworzec, macha mężowi na pożegnanie, Ernest Teodor odwraca się i przez moment ona widzi jego twarz przez tylną szybę hanomaga: oczywiście włożył nieodpowiedni kapelusz. O czym myśli w pociągu? Od paru miesięcy wybierał z Elegii duinejskich ulubione fragmenty, aby złożyć tekst jednej pieśni. Dla Grety. Na jej głos. Miał skrupuły: czy wolno dzielić, a potem łączyć to, co Poeta zapisał własnym rytmem obrazów? Na przykład drugą strofę Drugiej elegii z pewnym fragmentem Siódmej? Było to ryzykowne, choć Rilke z jego, Ernesta Teodora, muzyką byłby dla niej pięknym prezentem, cudowną niespodzianką. Próby komponowania muzyki do całych, poszczególnych Elegii miał już za sobą. Nieudane. Oparty na prostym trójdźwięku powracający motyw, który zapisał pewnego popołudnia po długim spacerze plażą, znacznie lepiej rozwijał się przy skompilowanym tekście. Jedzie sam w przedziale pierwszej klasy, konduktor sprawdził bilet, przytaknął, że przesiadka w Berlinie jest z czwartego peronu. Ernest Teodor nie wierzy, by podróż sama z siebie niosła inspirację. Natchnienie przychodzi, kiedy zechce. Nie przeszkadza to jednak wyjąć dużego notatnika z pięciolinią i przyjrzeć się fortepianowi. Poprawić to i owo. Zwłaszcza że to on sam będzie akompaniował Grecie przy pierwszym wykonaniu. O ile kiedykolwiek skończy, co zamierzył. Perony wiejskich stacyjek migają za oknem w popołudniowym świetle maja, im dalej na zachód, tym bardziej zielone wydają się łąki i świeże liście drzew, Ernest Teodor odkłada notatnik i przymyka oczy. Nie zasypia. Myśli o tym, jak zaskakujące jest życie. Nawet gdy przyjąć, że najważniejsze decyzje, te na rozstajach dróg, podejmujemy rzeczywiście sami.
Nie lubił Wagnera. Nie miał do tej muzyki nabożeństwa. Nigdy. A jednak dał się zwieść prasowym entuzjastom. Zgodnym chórem opowiadali o wyjątkowych w skali świata walorach leśnej sceny. Akustycznych, nastrojowych, ba – nawet mistycznych. Czytał: „Drugie Bayreuth w cieniu bukowego lasu. Więcej niż Bayreuth w Ostseebad Zoppot. Bayreuth niczym wzniosła forteca ducha na niemieckim Wschodzie”. Owszem, ruszyła go ciekawość. Nigdy poza tym nie był w żadnym z bałtyckich kurortów, i to też miało swoją wagę. Wtedy właśnie, dwa lata temu, po raz pierwszy dawano cały Pierścień dzień po dniu. Dobrze to znał: Zygfryd próbuje mieczy wykutych przez karła Mima. Śpiewa pochwałę Natury. Szczęścia w słuchaniu ptaków. Zygfryd zabija Fafnera, krew smoka parzy jak ogień. Karła Mima też będzie musiał Zygfryd zabić, bo takie jest libretto: przewrotność kreatury unicestwiona przez szlachetnego bohatera. Wreszcie żałobne tony przy płonącym stosie, na którym ułożono Zygfryda zwłoki. Ach, jeszcze skok Brunhildy w ogień, konno. Nieźle to wymyślili, najdosłowniej. Szkapa musiała być wytrenowana – pomyślał wtedy – śpiewaczka zresztą też. Jak na hippicznych zawodach wzięła przeszkodę i dopiero wówczas słaby ogień stosu strzelał wysoko w górę. Reflektory wzmocniły efekt pożaru Walhalli w głębi sceny, ale tak żeby prowadzący konia masztalerz, który czekał już po drugiej stronie stosu i pomagał Brunhildzie zsiąść z konia, nie był widoczny. Zachwycało to publiczność, choć muzyczna strona przedsięwzięcia od pierwszych taktów uwertury Zmierzchu bogów pozostawiała niedosyt. Już zastanawiał się, gdzie zje kolację: w hotelu Werminghoff, w którym miał pokój, czy może w jednej z restauracji przy morskiej promenadzie. W dniach przedstawień były otwarte dłużej: tłum spływający z lasu w dół uzdrowiska, nakarmiony duchem, pragnął jeść. Ale jeszcze trwał finał: córki Renu, zabrawszy pierścień, odpływały z falami rzeki, pośród nich Hagen – zabójca Zygfryda. Ernest Teodor przytknął do oczu lornetkę, chcąc wypatrzyć jeden jeszcze techniczny szczegół: śpiewaczki tworzące chór córek Renu, nie czyniąc jednego kroku, przesuwały się jednak ku lewej kulisie. Był to rodzaj taśmociągu wmontowanego w podłogę sceny, przed którym – od strony publiczności – powiewały płócienne, pofarbowane na kolor indygo, długie fale Renu. Ręczną wialnię albo ciche wentylatory elektryczne ukryto doskonale. I właśnie wtedy Ernest Teodor dostrzegł Gretę. Pośród cór rzeki była najmłodszą i najpiękniejszą kobietą. Nie mógł wyłuskać jej głosu z tylu innych i spośród dźwięków orkiestry, która właśnie sugerowała w powracającym motywie igranie fal Renu. W stukocie kół pociągu, w lekkim kołysaniu wagonu przypominał sobie tamten zdumiewający moment: żadnej przecież decyzji nie podjął. To znaczy nie pomyślał – muszę ją poznać. Nie powiedział sobie – powinienem iść za kulisy, odszukać ją w garderobie. Nie zastanawiał się, czy to wypada, czy nie, co miałby powiedzieć nieznajomej, jakich słów użyć, by przedstawiając się, z jednej strony nie popaść w śmieszność, a z drugiej – nie grzeszyć śmiertelną powagą. Po prostu wstał i ruszył w kierunku sceny w żadnym wypadku „hipnotycznie”, „będąc zauroczonym”, „czując wyjątkowo silny poryw serca”. Nic z tego repertuaru. Przebijał się przez płynący ku wyjściom tłum z taką determinacją i pewnością, jakby już dawno temu, zanim jeszcze zdecydował o przyjeździe na Zygfryda, miał przygotowany plan. To go samego zaskoczyło. Ale ją jeszcze bardziej, gdy przy wyjściu z garderoby dostrzegła uważne, może nieco bezczelne spojrzenie jego piwnych oczu. Trzy dni później byli zaręczeni. Skromna nauczycielka śpiewu Katolickiego Seminarium Nauczycielskiego w Wolnym Mieście Gdańsku, członkini Towarzystwa Zjednoczonych Chórów Niemieckich, asystentka na Wagnerowskiej Scenie Opery Leśnej. I privat docent kompozycji w Heidelbergu, ktoś, komu kryzys zostawił jeszcze trochę majątku po dziadkach i rodzicach. Kiedy w październiku tamtego roku wzięli cichy ślub, zabrał starego i ślepego ojca z Heidelbergu, sprzedał tamtejszy dom i kupił jeden z dworów przy Polankach, z masy spadkowej Venancourtów, byłych francuskich właścicieli jeszcze z osiemnastego wieku.
Czy tak być miało? – Ernest Teodor otwiera oczy i znowu sięga po notatnik z pięciolinią – co za pytanie – ironizuje sam z siebie – co za pretensje tkwią w tego rodzaju kwestiach. Wystarczy przeczytać dwie odpowiednie stroniczki Schopenhauera, żeby przekonać się, jak jest. Temat przewodni pieśni nagle zaczął się rozwijać, popłynął, wraz ze słowami o aniołach, zwłaszcza przy ich najbardziej zdumiewającym określeniu – „przeguby światła”[24]. Załamane, ugięte, nagle zakręcające promienie, ale dokąd? – myśli Ernest Teodor, szybko stawiając nuty – jakim trzeba być poetą, żeby to ujrzeć i zapisać tak prosto i tak niezwykle równocześnie? Przy końcu strofy musiał dać wytchnienie Grecie, dłuższą pauzę, głos milkł, fortepian akompaniujący przetwarzał motyw główny, ale to było wszystko, co w nagłym i krótkim przypływie natchnienia udało mu się napisać w pociągu. Do Budapesztu – przesiadając się w Berlinie i Monachium – nie otworzył już ani razu notatnika z pięciolinią. Ale w drzemce czy spoglądając przez okno – przypominał sobie tembr jej głosu. Było w nim coś ekscytującego: słodycz i gorycz, powaga i lekka niepowaga, ciepło i chłód lodowej góry, bliskość i dystans. Wszystko to zmieszane z sobą jak w pierwszym dniu stworzenia świata.
Jak w pierwszym dniu stworzenia świata – powtarzał sobie w myślach na dworcu Nyugati, który olśnił go ażurową konstrukcją hali i zapachem mocnej, aromatycznej kawy z kilku naraz bufetów. Wziął taksówkę. Już wcześniej wybrał hotel Astoria. Na rogu ulic Kossutha i Múzeum körút, położony był dziesięć minut przechadzką od antykwariatu Fiedlera. Recepcjonista długo przyglądał się paszportowi Wolnego Miasta Gdańska, jak gdyby nie dowierzał, że taki twór może w ogóle istnieć. O jedenastej dwadzieścia trzy przed południem Ernest Teodor połączył się telefonicznie z Fiedlerem.
– To ja – odchrząknął – mówi Hoffmann. Jestem już w Budapeszcie.
– Kiedy zechce pan przyjść? – zapytał antykwariusz.
– Mogę zaraz. Mieszkam w Astorii. To niedaleko od pana.
Światło po grzbietach książek ślizgało się jak po ścianie piramidy, podnosząc ze spłowiałych, niegdyś złoconych żlebów tłoczeń drobinki kurzu, które w nieustannym ruchu to w dół, to w górę wirowały w całym pomieszczeniu. Fiedler miał krótko przystrzyżoną brodę, orli nos, wychudłe policzki, jasne, inteligentne spojrzenie błękitnych oczu i nie wyglądał na swoje siedemdziesiąt lat.
Początek nie był zachęcający. Ze stosu przygotowanych książek, rękopisów, kopii lub starych wydań partytur nic właściwie nie skłoniło Ernesta Teodora do dłuższych oględzin. Zatrzymał się dopiero przy dziewięćdziesiątej symfonii Johanna Gottlieba Grauna, lecz nie dlatego, że jej osiemnastowieczne wydanie niosło z sobą jakiś porywający motyw.
– To on aż tyle napisał? – zwrócił się do Fiedlera – aż dziewięćdziesiąt? Przyznam, że tego nie pamiętałem.
Antykwariusz spojrzał na nuty. – Chyba ponad dziewięćdziesiąt – odparł po chwili – ale mam tę jedną. I jeszcze – poszperał w drugim z przygotowanych stosów – o, proszę – jego dwudziesty piąty koncert skrzypcowy. Tych było około sześćdziesięciu.
– To on napisał Cezara i Kleopatrę – bardziej stwierdził, niż zapytał Ernest Teodor.
– Jego brat, Heinrich Carl, proszę pana. Johann Gottlieb nie pisał oper. Heinrich Carl Graun napisał Cezara i Kleopatrę na otwarcie berlińskiej opery: 7 grudnia 1742 roku. Mam jego jeden motet w rękopisie, o, proszę – tutaj.
Odłożywszy dwudziesty piąty koncert skrzypcowy Johanna Gottlieba Grauna, Ernest Teodor śledził linię melodyczną motetu Heinricha Carla. Duch późnego baroku odbijał się w tych nutach jak smukłe linie drzew na powierzchni stawu w bezwietrzny, ciepły zachód słońca. Niewiele było poprawek, skreśleń. Mógł trafić do sztychmistrza w takiej formie. Ze starannie wykaligrafowanym podpisem: Heinrich Carl Graun, wicekapelmistrz królewskiej opery Najjaśniejszego i Miłościwie panującego nam Pana, Króla Prus Fryderyka. Ernest Teodor chciał zagadnąć antykwariusza, ale Fiedler odszedł do klienta. Dopiero teraz, słuchając ożywionej rozmowy tamtych dwóch nad paroma książkami zdjętymi z półki i rozłożonymi na dębowym stole, zdał sobie sprawę, jak dziwnym, egzotycznym, nieprawdopodobnym językiem jest węgierski. Żadne słowo nie wpadało mu do ucha jako znajome w przybliżeniu, domyślnie zrozumiałe z niemieckim, francuskim czy choćby łacińskim źródłem.
Kim są Węgrzy? – pomyślał – i skąd właściwie przywędrowali?
Ale zaraz powrócił do motetu Heinricha Carla Grauna. Na rękopisie nie było daty. Więc kompozytor, stawiając autograf, mógł mieć na myśli zarówno Fryderyka Wilhelma I, jak i jego syna – Fryderyka II, zwanego Wielkim. Ten pierwszy – Soldatenkönig[25] – kochał jedynie wojsko, koszary i polowania. Syn się buntował i próbował uciec z państwa ojca. Schwytany, zawrócony znad granicy, osadzony w Küstrin[26]. Oskarżony o spisek. Musiał patrzeć, jak jego towarzysza ucieczki, przyjaciela Hansa von Kotte ścięto na dziedzińcu twierdzy. To był element wychowawczy, polityka ojca wobec syna-następcy tronu. Peruki, fraki, harcapy i halsztuki. Przemoc stanu. Motet Grauna miał swoje piękno i dobrze opanowaną sztukę kontrapunktu. Tymczasem w antykwariacie zjawił się nowy klient: Fiedler przeszedł na inny język, Ernest Teodor, przeglądając następne rękopisy i druki, nadstawił ucha: było w tej mowie dużo zniekształconych niemieckich słów. Jidysz – pomyślał – co za dziwny żargon. Szukał dalej i nagle znalazł niemieckie tłumaczenie traktatu Micrologus brata Guido z Arezzo wydane w Getyndze w 1456 roku. Wszystko to przypominał sobie z okresu własnych studiów. – Do-re-mi-fa-sol-la – C D E F G A, a zwała się heksachord[27]. Nowy zapis i prawie rewolucja. Tak, Ernest Teodor odłożył na bok traktat brata Guido i motet Heinricha Carla Grauna. Postanowił je wziąć z sobą do Oliwy. Tymczasem Fiedler miał znowu kolejnego klienta. Rozmawiali w jakimś słowiańskim narzeczu. Rosyjski? Polski? Czeski? Tego Ernest Teodor nie umiał odgadnąć. Szeleszcząca mowa, która kojarzyła mu się z Rynkiem oliwskim, gdzie między sobą polskie i kaszubskie kwiaciarki – kiedy nie miały niemieckich klientów – rozmawiały po swojemu, teraz wybrzmiewała w antykwariacie Fiedlera przy Múzeum körút w Budapeszcie.
Antykwariusz powrócił. Ale Ernest Teodor był już zmęczony.
– Pójdę na obiad – powiedział – jestem trochę wyczerpany podróżą. Może zajdę jeszcze do pana wieczorem?
– Wieczorem zapraszam pana na kolację – oświadczył Fiedler – proszę mi nie odmawiać!
Zatem wieczorem, przy Andrássy út – w znakomitej restauracji Cafe Japan tuż obok zejścia do metra przy operze, Ernest Teodor i Jakub Fiedler naprzeciw siebie siedzieli i rozmawiali. O czym?
Antykwariusz: jak ze Lwowa, po upadku imperium Habsburgów przeprowadził się do Budapesztu. Z jakim trudem uczył się węgierskiego. Ale spadek był intratny: jego wuj Samuel zapisał mu kamienicę przy Múzeum körút, z antykwariatem na parterze. Fiedler miał kiedyś żonę – jeszcze tam, we Lwowie. Ale zmarła rok po ślubie, nie zdążyli mieć dzieci. I tak do tej chwili trwał. Teraz wszystko sprzedane – wyjaśnił – wyjeżdżam do Palestyny na węgierskim paszporcie z brytyjską, mandatową wizą.
Ernest Teodor: o swoich studiach i samotności pomiędzy matką a dziwakiem ojcem. Matka zmarła, kiedy miał osiem lat, a ojciec wciąż zmieniał plany wobec syna, przerzucając go z jednej szkoły do drugiej. Zawsze z internatem. Stąd nie lubił katolickich księży: pchali się do duszy, jakby to było ich własne podwórko. Już jako student przeszedł na protestantyzm – ale tylko po to żeby ukarać ojca. Sprawy religii były mu obojętne – nie wierzył w nauczanie żadnego z Kościołów. Wierzył w muzykę – to go pociągało nieustannie, do dzisiaj.
Po kolacji antykwariusz Fiedler oświadczył: – Mam jeszcze dla pana jedną niespodziankę.
Nie był to jeden z kabaretów. Żaden z luksusowych domów rozrywki. Taksówką dojechali do Wyspy Małgorzaty. I tam, schodząc po schodach z mostu, Ernest Teodor poczuł zapach rzeki. Przejmujący – mułem, wilgocią, świeżym tchnieniem przestrzeni. W Klubie Towarzystwa Wioślarzy było jeszcze sporo ludzi.
– Dawniej – powiedział Fiedler – miałem tu swoją jedynkę. I prawie codziennie wiosłowałem. Ale jestem już stary. Nie mam siły. Dlatego dzisiaj wynająłem motorówkę.
Płynęli Dunajem, a elegancką łódź o nazwie Apeiron[28] prowadził pan Noem Kertész: w białej kurtce z pagonami i w kapitańskiej czapce wyglądał na morskiego wilka.
– Proszę sobie wyobrazić – zwrócił się Fiedler do Ernesta Teodora – że dziadek pana Kertésza, założyciel naszego wodniackiego towarzystwa, wiózł po Dunaju słynnego kompozytora. Zgadnie pan kogo?
– Liszta – odparł gość bez namysłu.
– Wagnera – wyznał pan Noem Kertész – pokazywał mu miasto z rzeki, tyle że było to w dzień.
Siłą rzeczy rozmowa zeszła na temat leśnej sopockiej sceny. Zagadnięty, bez entuzjazmu Ernest Teodor opowiadał o letnich festiwalach: Zygfrydzie, Zmierzchu bogów, Lohengrinie. Co pewien czas Kertész objaśniał, gdzie się znajdują: padała nazwa mostu, nabrzeża, całej dzielnicy. Światła miasta odbite w ciemnym nurcie wody, mijane leniwym ruchem (co kojarzyło się ze zwojem obrazów puszczonym w ruch niewidzialną dłonią) przyniosły Ernestowi Teodorowi niespodziewane poczucie, że właśnie w tym momencie odnalazł stały punkt w swoim życiu. Nie była to sopocka scena, o której wciąż jeszcze mówił, ale dom przy Pelonkerweg. Nagle zatęsknił za starymi alejami lip, które symetrycznie obejmując dolny park z lewej i prawej strony, wiodły od ulicy lekko pod górę, aż do frontonu domu. Za szerokim wykuszem biblioteki, skąd – ponad biegnącą w dół linią drzew i między dachami odległych domów – jaśniała tu i tam zatoka z punkcikami statków. Za górnym parkiem otwartym na leśne wzgórza, który Greta każdej wiosny i lata zmieniała w kwiatowe dominium. Za jej słomkowym kapeluszem, kiedy migoce między błękitnym pasmem irysów a plamą herbacianych róż. Za jej głosem, który wypełnia cały dom, gdy ćwiczy bez fortepianu w pokoju na parterze. Za zapachem wisterii w sierpniowe upalne wieczory. Za dźwiękiem dzwonów, które biły w opactwie w każde południe. Ten rodzaj nostalgii był dla niego czymś nowym i zaskakującym. Nigdy nie przywiązywał się do miejsc. A teraz, płynąc Dunajem motorówką z antykwariuszem Fiedlerem i panem Kertészem, ledwie po dwóch dobach w podróży chciałby natychmiast – jak chłopiec z baśni – przedostać się na grzbiecie wielkiego ptaka prosto do Oliwy. Ze srebrnych kieliszeczków trzej panowie na motorówce próbowali palinki, łódź zatoczyła wielki półokrąg, byli już blisko przystani na Wyspie Małgorzaty, gdzie jeszcze w budynku klubu wioślarze i żeglarze popijali wino przy długich, skąpo oświetlonych ławach.
Już w hotelowym pokoju pomyślał, że choć kolacja była znakomita, Fiedler miły, a przejażdżka po Dunaju po prostu nadzwyczajna, tracił czas. Jeden traktat i jeden motet – jeśli mogły coś zapowiadać, to raczej marny plon dalszych poszukiwań. Zresztą w istocie niczego nie poszukiwał, w podróż wybrał się nawet nie tyle pod wpływem listu antykwariusza, ile wewnętrznego impulsu. Przerzucił jeszcze motet Grauna. Może powinien go zaproponować Towarzystwu Śpiewaczemu Nauczycieli Niemieckich, do którego należała Greta? Gasząc lampkę przy nocnym stoliku, powziął decyzję: wyjedzie jutro, popołudniowym pociągiem. Fiedlera odwiedzi rano, spędzi tam parę godzin, zaprosi go na obiad do hotelu.
Miał sen: ścinał w ogrodzie błękitne irysy. Z ich naręczem wchodził do domu przez szeroko otwarte drzwi tarasu. Chciał wręczyć je Grecie, ale nie było jej nigdzie. Dopiero po chwili zobaczył żonę nad stawem w dolnym parku. Zbierała zioła do dużej białej chustki. Była naga, tylko na stopach miała wiązane rzymskie sandały. Każde zebrane źdźbło czy liść podnosiła do ust, dmuchała weń delikatnie, by dopiero wtedy złożyć do chustki. Jej policzki stawały się wówczas lekko nabrzmiałe, pucołowate, jak u dziewczynki sportretowanej przez holenderskiego mistrza.
Nazajutrz Fiedler był niepocieszony.
– Tak prędko? – zmartwił się szczerze – jest jeszcze kilka kufrów, sam nie wiem zbyt dokładnie, co w nich spoczywa. Miałem nadzieję, że pan to wszystko przejrzy! Niczego z sobą nie zabieram. Pod koniec życia zaczynam nowe życie.
Ernest Teodor zabrał się do pracy energicznie. Trafił na krótki list Schumanna do wydawcy, w sprawie Brahmsa. Polecający. Musiał być napisany niedługo po tym, kiedy zdolny, obiecujący, piękny młodzieniec odwiedził mieszkanie Klary i Roberta Schumannów. Tak, to chyba się zgadzało: datowany na 13 września 1853 roku. Odłożył również wyciąg fortepianowy opery Ludovic. Skąd ten Fiedler miał tak rozległą wiedzę? Kiedy Ernest Teodor pochylił się nad arią Je vends des scapulaires, antykwariusz, wróciwszy od klienta, od razu stwierdził – ten właśnie temat posłużył Chopinowi do Wariacji B-dur opus 12. Ale czy pan wie, panie Hoffmann, że tej opery Ferdinand Herold nie ukończył? Jacques Halévy, też paryżanin, dopisał to, co śmierć przerwała Heroldowi. Ludovic jest zatem dziełem wspólnym, można powiedzieć – duetem żyjącego z nieboszczykiem!
Ernest Teodor nie wiedział. Pamiętał tylko, że najsłynniejszą operą Jacques’a Halévy’ego była bodajże La Juive [29], oklaskiwana nad Sekwaną wiele razy. Potem długo przerzucał szpargały, aż trafił na orkiestrowy utwór Gołyszewa Das eisige Lied [30]. Kiedyś, ale nie z gazet czy podręczników, tylko w rozmowie dowiedział się o rosyjskim skrzypku, malarzu i kompozytorze. Tak, to było ciekawe: utwór napisał w technice dwunastotonowej. Zdaje się – pierwszy w Europie taki kompozytor i taka, zupełnie nowa muzyka. Druk miał odręczną adnotację po niemiecku, zielonym atramentem: „Napisane w 1919, prawykonanie Berlin 1920. Dla E.”. Czy to zapis autora, czy tylko posiadacza partytury, nie sposób było odgadnąć.
– Panu się podoba – zapytał Fiedler – cała ta dodekafonia?
– Kiedy brat Guido – odparł Ernest Teodor – w wieku jedenastym wprowadził swoją skalę, nikt nie przypuszczał, jaka to rewolucja. Może ta jest następna?
Fiedler nie chciał iść na obiad do Astorii.
– Niech pan jeszcze przegląda, skoro musi dzisiaj wyjechać!
W ostatniej godzinie, jaka mu została w antykwariacie, Ernest Teodor w jednym z kufrów znalazł kilka kartonowych teczek, związanych jedna na drugiej sznurkiem w pokaźny pakiet. Nie były opisane, bez liniuszków do adnotacji, pożółkłe, rozpadały się. Chwilę potem rozkładali na stole ich zawartość. Rękopis partytury nie miał numeracji stron, a poszczególne karty, ułożone nie zawsze w odpowiedniej kolejności, sprawiały wrażenie, że opera – bo mieli przed sobą operę – jest dziełem chaotycznym; w niektórych partiach doskonale wykończona, w innych ledwie naszkicowana.
– Widzi pan ten chór? – palec Fiedlera sunął po pięciolinii, pod którą biegły literki tekstu – to chyba...
– Wagner – wyszeptał Ernest Teodor – nieznany Wagner. Niesłychane, chyba niemożliwe, a jednak – proszę spojrzeć na charakter pisma – to jest chór dzieci: Do-kąd i-dzie-my wez-wa-ne przez ten cu-do-wny dźwięk? Do-kąd zmie-rza-my, śmie-jąc się i tań-cząc? Na wzgó-rza, na słod-kie łąki, hop! Hej hop! Da-lej-że w-tan! – sylabizował, podejmując melodię.
– Chór poprzedzony fletem – antykwariusz wskazał nuty. – Niech pan spojrzy, co to przypomina.
– Idyllę Zygfryda – Ernest Teodor nie miał wątpliwości – tam jest bardzo podobny motyw w smyczkach.
– Musi pan dzisiaj jechać? – Fiedler podniósł wzrok znad rękopisu. – Moglibyśmy to poukładać i przejrzeć dokładnie.
– Już postanowiłem. – Ernest Teodor spojrzał na zegarek. – Sam pan to zrobi. I zarobi. Na pewno znajdzie się kupiec. To bez wątpienia oryginał, sama ręka Mistrza.
– Nie mam już czasu. – Fiedler zbierał karty rękopisu i układał je w teczkach. – Nie interesuje pana cała reszta? Nie może pana nie obchodzić Wagner! Po tym, co usłyszałem o Operze Leśnej w Zoppot!? I skoro żona pana jest tam solistką?
– Żona śpiewa wyłącznie w chórach. Tylko raz była jedną z cór Renu – sprostował Ernest Teodor – a taki bezcenny rękopis może pan wystawić na aukcję. Powierzyć sprzedaż komuś zaufanemu. A swoją drogą, czy to możliwe? – pokręcił głową – Wagner dbał zawsze, by nawet kiedy kichnie, zaraz napisały o tym gazety. Z lubością czytał znajomym libretta, godzinami. Przy fortepianie przegrywał im motywy pisanych dzieł. Wszyscy musieli wiedzieć, czym geniusz jest zajęty. Chyba że istniał jakiś powód, dla którego rzecz włożył do szuflady. Jeśli to oryginał, a sądzę, że tak, mamy do czynienia z sensacyjnym odkryciem, panie Fiedler. Sensacyjnym!
Teczki były z powrotem wypełnione kartami rękopisu. Antykwariusz podał je wszystkie Ernestowi Teodorowi.
– Pan to weźmie z sobą! To jest mój prezent. Nic pan nie płaci. Proszę to zabrać z Gołyszewem, z motetem Grauna, z traktatem brata Guido. Jak wszystko zostanie odczytane, pan mi napisze, co to jest za opera. Ja przyślę mój adres w Palestynie, panie Hoffmann.
– Nie mogę tego przyjąć. Niby dlaczego?
– Dlatego, że pański ojciec oddał mi kiedyś przysługę.
– Jaką?
– O tym też panu napiszę. Nie mieliśmy czasu porozmawiać.
Krótkie było pożegnanie Ernesta Teodora z antykwariuszem Jakubem Fiedlerem. Uścisnęli sobie dłonie. Już na Múzeum körút, zdążając do hotelu Astoria, pomyślał, że wszystko to było jak sen: nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Dźwigał pod pachą motet Grauna, Pieśń lodową Gołyszewa, Traktat brata Guido oraz kartonowe teczki z nieznanym rękopisem Wagnera.
I tak właśnie wyobrażam sobie Ernesta Teodora, gdy wysiada wreszcie na małym, prowincjonalnym dworcu w Oliwie, minąwszy parę minut wcześniej Zoppot: jest zmęczony, ma podkrążone oczy, ale przepełnia go uczucie ekscytującej obietnicy. Już zna główne motywy dzieła, słyszy chóry, pamięta orkiestrację całych fragmentów, solowe głosy w ariach, partie recytatywów. Bierze taksówkę z bocznym numerem siedem i przez krótką drogę na Pelonkerweg zastanawia się, jak powie o tym Grecie. Już powziął decyzję: będzie pracował miesiąc, dwa, pół roku, a jeśli trzeba, znacznie dłużej i nie spocznie, aż dokona rekonstrukcji niedokończonych fragmentów, aż uzupełni brakujące części, aż dokończy to, czego zaniechał Wagner. A potem? Cóż, zaprosi superintendenta Opery Leśnej Hermanna Merza i umówi się co do szczegółów: kiedy pokażą światu oryginalną partyturę i jak to wystawią – dzieło Mistrza w jego, Ernesta Teodora, rekonstrukcji. Właściwie uzupełnieniu. Dopisaniu. Dokomponowaniu. Wypełnieniu białych plam. Będzie też piękna partia dla Grety: matki kulawego Klausa. Dwa mocne wejścia. Najpierw lament nad zaginionym chłopcem. Potem hymn dziękczynny do Najświętszej Marii Panny, kiedy Klaus się odnajdzie. Jedyny z ponad setki uprowadzonych dzieci. Zapłacił guldena trzydzieści pięć fenigów za kurs. W portfelu miał jeszcze trochę węgierskich pengő. Musiał szperać, oddzielać, wyliczać. Wreszcie stanął w hallu, gdzie dwa stare portrety przypominały o rodzinie Venancourtów. Francuscy gdańszczanie, albo gdańszczanie francuscy, patrzyli na niego spod wielkich peruk wyłupiastymi oczami niczym na intruza.
Można by je zdjąć – pomyślał, stawiając walizkę – i przewiesić albo po prostu sprzedać. Tylko kto je zechce kupić? Francuzi w Gdańsku zawsze stanowili mniejszość. Tak jak Polacy. Chociaż Polaków jest znacznie więcej niż Francuzów, białych Rosjan, Holendrów czy Żydów.
– Pachniesz podróżą – powiedziała Greta. – Czuję tytoń, dym parowozu i koniak.
Miała dla niego dwie niespodzianki. Pierwszą była kawka. Nazwała ją Polin, bo przyleciała pewnie zza bliskiej granicy pomiędzy Polską a Wolnym Miastem Gdańskiem wyciętej w poprzek oliwskich lasów niedaleko ich domu za wzgórzami. Drugą była kamienna figurka. Frankowski wykopał ją w górnym parku. Przy śniadaniu opowiadała mu zatem po kolei: kawka po prostu sfrunęła z lasu podczas obiadu, gdy Bernatka podawała drugie danie. Usiadła na jej – Grety – ramieniu i tak przetrwała do deseru. Teraz przylatuje na każdy prawie obiad. Jakby miała wewnętrzny zegarek. Figurkę wykopaną w górnym parku Ernest Teodor obejrzał dokładnie. Prymitywna, obła, przypominała Wenus z Willendorfu. Tyle że miała trzy głowy zamiast jednej.
– To może być celtycka bogini – powiedział po chwili namysłu. – Młodość, dojrzałość, starość – wszystko w jednym ciele. Powinniśmy oddać ją do muzeum.
Greta nie miała na ten temat zdania. Gdy mąż w łazience zmywał z siebie pył podróży, weszła do sypialni, żeby szybko się przebrać. Uwielbiał to: jej błękitną koszulę nocną, cienką jak muślin, białe pończochy z czerwonymi podwiązkami. Nigdy nie wymienili słowa w tej sprawie, lecz zawsze, kiedy była w tym stroju, Ernesta Teodora ogarniało szczególne podniecenie. A ona kochała ten jego stan. Był od niej starszy przeszło piętnaście lat, ale jego skóra, włosy, jego zapach wreszcie – miały w sobie coś młodzieńczego, co nigdy się nie starzeje. Mogła całować jego ciało godzinami jak Maria Magdalena Chrystusa. Mogła mu umywać stopy. Wsysać jego język w swoje usta. Kochała go bezgranicznie. Ale i tak władzę nad drugim ciałem miał ten, kto pierwszy wyszeptał to jedno jedyne słowo, ich najświętszy sakrament miłosnego związku. Zostawiam tych dwoje w sypialni przy Pelonkerweg, zanim Ernest Teodor, zmęczony podróżą i nasycony miłością, w cichych i krótkich zdaniach rozpocznie swoją opowieść. Najpierw o połączeniach kolejowych, potem dworcu Nyugati, hotelu Astoria, antykwariacie Jakuba Fiedlera, nocnych widokach z Dunaju, by wreszcie, przez ostrożne lawirowanie pomiędzy partyturami Grauna i Gołyszewa, dotrzeć do celu, do pierwszego dźwięku wydanego przez flet Szczurołapa, skąd bierze początek cała ta historia, gdy chłop o imieniu Baltazar usłyszy ów przenikliwy ton, maszerując przez mroczny jodłowy las, niedaleko miasteczka Hameln.
[1] Napijmy się z tej buteleczki.
[2] Zagadka.
[3] Co to jest: nie bodzie choć ma rogi, nie chodzi choć ma nogi?
[4] Co to jest: zielone, wisi na drzewie i śpiewa?
[5] Jak go pomalujesz, to on będzie zielony.
[6] Jak go powiesisz, to będzie wisiał.
[7] Koniec.
[8] Fryzjer.
[9] Do przodu.
[10] Nieuważnie.
[11] Pistoletu.
[12] Dziesięć.
[13] To wyglądało jakby diabły z łańcuchów spuścić!
[14] Kazik.
[15] Ględzisz.
[16] Może dziesięć i pięć, tak, ale takie szerokie?
[17] Taki wielki dom.
[18] Moja mama o nim kiedyś wspominała.
[19] Do diabła.
[20] Warto było te kilometry wędrować. Od wanoga – wędrówka, włóczęga.
[21] Dom.
[22] Szwedzka Grobla.
[23] Dzisiaj – Obrońców Westerplatte.
[24] Druga elegia duinejska. W oryginale – „Gelenke des Lichtes”.
[25] Dosłownie: Król żołnierzy. Wprowadził zasadę występowania na co dzień w mundurze wojskowym.
[26] Dzisiaj – Kostrzyn nad Odrą.
[27] W epoce brata Guido pierwsza sylaba brzmiała jeszcze „ut”, w XVII wieku zmieniono ją na „do”, by łatwiej było ją śpiewać.
[28] Bezkres (starogr.).
[29] Żydówka (franc.).
[30] Pieśń lodowa (niem.).
Śpiewaj ogrody
Greta przeczuwała, jak to wszystko się skończy. Obsesja jej męża na punkcie niedokończonej opery Wagnera. Mrożący krew w żyłach pamiętnik pewnego Francuza, poprzedniego właściciela domu. Wojna. I dzień, w którym Rosjanie zajęli jej miasto, jej dom, jej życie… I tylko ten młody Polak, przypadkowy współlokator, nie pasuje do przeklętej układanki historii. Jego syn, kilkuletni ch...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book
e-book · audio
e-book · audio