Prolog

Mdławe poranne światło grudniowe z trudem przenikało przez grubą warstwę chmur zalegających nad całym miastem jak warstwa brudnej waty, a potem, odbite od fasad domów po przeciwnej stronie ulicy, wpadało przez nieumyte jeszcze przed świętami szyby, by wreszcie położyć się w niewielkim wnętrzu siwoniebieską, trupią poświatą.
Było tak, jakby ze sceny namalowanej przez dawnego holenderskiego mistrza całe ciepło odpłynęło niczym krew uciekająca z twarzy człowieka, któremu poderżnięto gardło – pozostały tylko barwy stali, popiołu, starego srebra i kurzu. W tej martwocie wszakże rozgrywała się scena pełna dramatyzmu: gwałtowna szamotanina, walka o życie, która musiała się skończyć przegraną.
Uniesiony w górę tasak przez chwilę złapał srebrzynkę światła i rozbłysnął blado, by zaraz pociemnieć, opadając z impetem na głowę. Płazem. Pierwszy cios tylko ogłuszył ofiarę, ale za nim miał nastąpić kolejny – tasak znów poszedł w górę, znów złapał przez ułamek sekundy siny blask, mignął jeszcze w prędkim obrocie i znów pociemniał. Tym razem huknął prosto w odsłoniętą szyję, napiętą w uścisku przytrzymującej ją dłoni; ostrze zagłębiło się w ciele z potężną siłą, chrupnął przecinany kręgosłup, krew poleciała wąskim bryzgiem na białe kafle, po czym zaczęła spokojnie spływać, tworząc miniaturowe rzeczki i rozlewisko.
Ciało szarpało się jeszcze w przedśmiertnych konwulsjach, ale dokonywało się to gdzieś poza nim, bez udziału świadomości, bez udziału instynktu nawet; jakieś sygnały nerwowe przebiegały szaleńczo po tym ciężkim kawale mięsa – bo czymże jest pozbawione głowy ciało, jeśli nie mięsem właśnie – każąc się skurczyć temu mięśniowi, rozkurczyć tamtemu, bez ładu i składu. Niegdyś tak zgrabne, niepozbawione nawet pewnej drapieżnej urody, teraz bezgłowe, utraciło proporcje i leżało w upokorzeniu, we krwi, śluzie i oddartych łuskach.
Szczupak nadziewany sardelami był – co często podkreślał Ignacy z filuternym uśmiechem – popisowym daniem wigilijnym profesorowej.
Seans w Domu Egipskim
Dekadencja, wirujący stolik i zbrodniarz z zaświatówJesień roku 1898. W Genewie zamachowiec wbija pilnik w serce cesarzowej Sissi, a do Krakowa przybywa Szatan – Stanisław Przybyszewski. Parę tygodni później eleganckie towarzystwo – w tym niezwykle podekscytowana profesorowa Szczupaczyńska – zbiera się w ekstrawaganckim Domu Egipskim, by wspólnie obserwować całkowite zaćmienie...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book
e-book · audio