1
Jak w większości wypadków zawalonych spraw zaczęło się od niewłaściwego stroju.
Poranek w środku tygodnia na skraju City; ciemny, wilgotny, mglisty, przed piątą. W pobliskich wieżowcach – niektóre sięgały powyżej dwudziestu pięter – w pojedynczych oknach paliły się światła, tworząc przypadkowe wzory na siatce ze szkła i stali, i niektóre z tych świateł oznaczały, że jacyś bankierzy, którzy i tak zrywają się o świcie, teraz siedzą już przy swych biurkach, by szybciej rozeznać się w sytuacji na rynkach, lecz większość rozjaśnionych okien świadczyła o tym, że w City pracują inni ludzie, ci, którzy noszą kombinezony i których obowiązki przed świtem obejmują odkurzanie, froterowanie i opróżnianie koszy na śmieci. Paul Lowell sympatyzował z tymi drugimi. Albo sprzątało się bałagan po innych, albo nie – tak wyglądał system klasowy, właśnie tak.
Zerknął na drogę w dole. Osiemnaście metrów to całkiem spory dystans, jeśli spoglądało się z góry. Kucając, poczuł, że właściwe mięśnie się napinają, a tania tkanina nieprzyjemnie naciąga się na udach. Jego kostium był za ciasny. Lowellowi materiał zdawał się na tyle rozciągliwy, że to nie będzie miało znaczenia, okazało się jednak, że kostium ogranicza ruchy i nie obdarza żadną dodatkową mocą.
A może po prostu Lowell zaczął tyć.
Znajdował się na platformie – co pewnie nie było właściwym terminem architektonicznym – nad łukiem, przez który przebiegała London Wall, dwupasmowa arteria rozciągająca się od St. Martin’s Le Grand do Moorgate. Nad nim piętrzył się kolejny wieżowiec, jeden z dwóch ustawionych pod kątem do siebie; mieściły się w nim jeden z większych banków inwestycyjnych oraz popularna sieć pizzerii. Sto metrów dalej, na porośniętym trawą wzniesieniu, obok drogi, której użyczył nazwy, przebiegał fragment rzymskiego muru niegdyś otaczającego City; wciąż tu stał, choć jego budowniczowie dawno już wyzionęli ducha. Teraz Lowellowi przyszło do głowy, że to symbol. Niektóre rzeczy trwają, istnieją dalej mimo zmian i warto podjąć walkę w celu zachowania tego, co z nich zostało. W skrócie: taki właśnie był powód, dla którego się tu znajdował.
Zdjął plecak, postawił go między kolanami, rozsunął zamek błyskawiczny i wypakował zawartość. Za jakąś godzinę zacznie się ruch w stronę City i do różnych punktów na wschód; znaczna część ruchu będzie się odbywać pod łukiem, na którym siedział Lowell. Wszyscy jadący w tych samochodach, taksówkach, autobusach i na rowerach staną się mimowolnymi świadkami. A po nich w nieunikniony sposób zjawią się ekipy dziennikarzy i kamery, które zaniosą narodowi przesłanie Lowella.
Chciał tylko, by jego głos został usłyszany. Po latach odmawiania mu jego praw był gotów walczyć i podobnie jak inni przed nim wybrał konkretny sposób, w jaki to zrobi. Tak właśnie rodziły się tradycje. Nawet przez chwilę nie sądził, że cokolwiek, co dziś osiągnie, doprowadzi do jakiejś zmiany, ale zobaczą to inni, znajdujący się w takim samym położeniu, i czegoś się nauczą – i być może zaczną działać. Pewnego dnia coś się zmieni.
Zauważył ruch i się odwrócił. Zobaczył postać podciągającą się na drugim końcu platformy; ten ktoś musiał wspiąć się po budynku z ulicy, tak jak Lowell zrobił to dziesięć minut wcześniej. Minęła chwila, nim dotarło doń, co widzi, a wtedy ogarnęła go fala podekscytowania, jakby znów miał dwanaście lat. Bo właśnie coś takiego chce zobaczyć każdy dwunastolatek, pomyślał, patrząc, jak nowo przybyły zbliża się do niego. To z takich rzeczy składają się marzenia młodych chłopaków.
Batman, wysoki, barczysty i zdeterminowany, kroczył w jego stronę przez wilgotne smugi mgły.
– Hej! – zawołał Lowell. – Niezły strój!
Spojrzał w dół na własny kostium. Strój Spider-Mana był niezbyt stosowny do jego wieku, ale przecież nikt nie będzie rozdawał punktów za styl; celem było trafienie do wieczornych wiadomości, a kostiumy superbohaterów przyciągały uwagę mediów. Zadziałało to wcześniej i znów zadziała. Był więc Niesamowitym Spider-Manem, zaś towarzysz, z którym spotykał się właśnie po raz pierwszy i z którym wszystko ustalał anonimowo na forum w internecie, był Batmanem. Mieli stanowić dynamiczny duet zaledwie na jeden poranek, a media miały trąbić o nich przez resztę tygodnia. Z jedną ręką na rolce płótna, którą wypakował z plecaka, Lowell podźwignął się i wyciągnął drugą dłoń, bo to również stanowiło część prastarej narracji: mężczyźni, którzy spotykają się i witają, połączeni wspólną sprawą.
Ignorując wyciągnięta rękę Spider-Mana, Batman przywalił mu w twarz.
Lowell poleciał do tyłu i świat wymknął się spod kontroli: światła w oknach biurowców zatańczyły mu przed oczami, upadek na wilgotny murek wypchnął mu całe powietrze z płuc. Jego umysł przestawił się już jednak na inny tryb i Lowell odtoczył się na bok, jak najdalej od krawędzi; tymczasem Batman mocno opuścił stopę, niemal trafiając Spider-Mana w łokieć. Lowell musiał się podźwignąć, bo jeszcze nikt nie wygrał walki w pozycji leżącej, i to na tym skupiał się przez kolejne dwie sekundy, zamiast zastanawiać się, dlaczego Batman zamierza go skopać. Skupienie niemal się opłaciło, bo Lowellowi udało się podnieść na kolana, nim znów oberwał w głowę. Maska Spider-Mana przesiąkła krwią. Spróbował coś powiedzieć, ale był zdolny jedynie do niezrozumiałego charczenia.
A potem pociągnięto go w kierunku skraju platformy.
Wrzasnął, bo było dla niego jasne, co się zaraz stanie. Batman wlókł go za ramiona i Lowell nie był w stanie się wyrwać – ręce tego faceta były jak ze stali. Wierzgnął nogą i trafił w rolkę płótna, która potoczyła się na skraj platformy, nieco się przy tym rozwijając. Zamachnął się ręką, próbując uderzyć Batmana w krocze, walnął jednak w twarde, muskularne udo. A potem zawisł w przestrzeni i jedynym, co go utrzymywało, był chwyt odzianego w pelerynę superbohatera.
Przez chwilę trwali tak spleceni niemal w uścisku: Batman, sztywny i wyprostowany, oraz zwisający Spider-Man – jakby pozowali do ilustracji na okładkę.
– Na litość boską… – szepnął Spider-Man.
Batman go puścił.
Rolka płótna uderzyła o ulicę przed Paulem Lowellem. Tyle że nie była już rolką; rozwinięta na asfalcie, zmieniła się we fragment dywanu zamiast w baner, tak jak to Lowell zaplanował. Wymalowany odręcznie trzydziestocentymetrowymi literami slogan SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA OJCÓW rozmazał się, gdy nasiąkł wilgocią oraz częściowo krwią Lowella, pozostał jednak czytelnym obrazem, który satysfakcjonująco przyciągał uwagę mediów i przed końcem dnia miał pojawić się w licznych transmisjach.
Ale Paul Lowell żadnej z nich nie zobaczył.
A jeśli chodzi o Batmana – ten dawno już zniknął.
Prawdziwe tygrysy
Catherine Standish wie, że szpiegom nie zdarzają się przypadkowe spotkania. Pracuje w kontrwywiadzie wystarczająco długo. Zdążyła się już przekonać, czym są zdrada, dwulicowość i wbijanie noża w plecy.Nie ma jednak pojęcia, w jakim celu ktoś mógłby obrać za cel właśnie ją – alkoholiczkę na odwyku, która w królestwie Jacksona Lamba wraz z resztą przegrywów przekłada papiery z je...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book