Noc Mokosz
Epilog
Wszystko, co wydarzyło się tamtej letniej nocy na zboczach góry o dwóch wierzchołkach, na zawsze zostanie tajemnicą.
Pamiętam, że pierwsze, co widzę, gdy nad ranem odzyskuję świadomość, to światło. Wpada do piwnicy przez szczeliny w suficie, spełza po kamiennej ścianie na klepisko zasłane suchymi liśćmi i wreszcie dosięga moich bosych stóp. Nie wiem, gdzie jestem ani jak się tu znalazłam. Czuję jedynie strach i pragnienie. I ból. Siniaki nabrały barwy oberżyny, ale krew zdążyła już zakrzepnąć na ranach, tworząc tu i ówdzie czarne smugi strupów.
W pomieszczeniu panują półmrok, wilgoć i chłód. Niskie, zwieńczone łukiem wejście tarasują zwały gruzu i zasłania je kolczasty krzew dzikiej róży. W środku pachnie zbutwiałym drewnem, ziemią i czymś nieoczywistym, co jednak wydaje mi się znajome: suszonym lnem, a także wodną roślinnością i mułem; tą martwą substancją zalegającą na dnie stawu, gdy spuścić z niego wodę.
Gnejsowe głazy, z których dawno temu zbudowano piwnicę, są pokryte porostami, a z sufitu zwisają korzenie roślin, które zarastają sklepienie od zewnątrz. Natura każdą szparą wdziera się do środka i tworzy żywe zasieki wokół budynku. To dobrze, myślę, bo dzięki temu nikt mnie tu nie znajdzie, jestem bezpieczna.
Jakby w odpowiedzi gdzieś z całkiem bliska nadpływa nawoływanie i ujadanie psów. Ktoś raz za razem wykrzykuje moje imię:
– Ma-nia, Ma-nia…! – Niesie się echem po górach.
Drżę. Na wszelki wypadek zabieram nogi ze smugi światła, mocniej oplatam ramionami półnagie ciało i spłoszona wklejam się w mrok.
W przeciwległym kącie coś się porusza. Zapach zgnilizny i lnu się wzmaga, a piwnicę wypełnia spokojny dziewczęcy głos:
– Schlaf, mein Engelchen1.
Rozumiem każde słowo, chociaż słabo znam niemiecki. Powinnam się wystraszyć, lecz w szepcie jest coś kojącego i wzbudzającego zaufanie. Chcę nawet zapytać, kto tu jest, ale chyba kolejny raz tracę świadomość, a gdy ją odzyskuję, ogarniają mnie cisza i ciemność.
Jak długo już tu jestem? Noc i dzień, kolejną noc i kolejny dzień?
Szum lasu i jednostajne mormorando gór wsączają się do środka przez bruzdy w kamiennych ścianach. To dziwne, ale przebudziwszy się tym razem, nie czuję chłodu. Jest mi całkiem wygodnie i ciepło. Wyciągam dłoń i przesuwam po ciele. Ktoś mnie okrył mchem i liśćmi paproci. Ktoś ułożył pod głową poduszkę z traw.
– Przemyłam ci rany, gdy spałaś. – Z ciemności dobiega ten sam głos co poprzednio. Znów mocniej pachnie szlamem i lnem.
Mrugam kilka razy, nieznacznie unosząc głowę znad posłania. Moje oczy zaczynają przyzwyczajać się do ciemności i wreszcie na tle ściany dostrzegam zarys postaci. Nieopodal mojego legowiska stoi dziewczyna. Jest piękna. W jasne włosy ma wplątane wodorosty. Uśmiecha się do mnie, wyciągając przed siebie dłonie złożone w łódkę.
– Pij! – Podsuwa wodę do moich ust.
Czuję ogromne pragnienie, więc wypijam wszystko do ostatniej kropli.
– Przyniosłam też trochę dzikich malin i jeżyn. Gdy zjesz, poczujesz się lepiej.
Wyjmuje garść owoców z kieszeni fartucha, który ma nałożony na sukienkę, i przesypuje je na moją dłoń. Pachną latem i słońcem. Rozkoszuję się ich słodyczą. Gniotę, dociskając językiem do podniebienia, a wówczas rozpływają się w ustach.
Wyczerpana opadam z powrotem na poduszkę z traw.
Dziewczyna siada pod ścianą nieopodal mojej głowy i nie przestając się uśmiechać, głaszcze mnie po włosach.
– A teraz śpij. Schlaf, meine Liebe2. Sen jest dobry. Pozwala zapomnieć.
Jestem zmęczona. Śmiertelnie zmęczona. Dziewczyna pachnąca lnem ma rację: sen jest dobry. Potrzebuję go. Powieki znowu mi opadają…
Budzi mnie szept:
– Du musst aufwachen3.
I męski głos dochodzący od strony zasypanego gruzem wejścia.
– Jest tutaj! Mamy ją!
Otwieram oczy. Ostre światło wdziera się do piwnicy przez krzaki dzikiej róży, które mężczyzna ubrany w policyjny mundur odciąga na bok.
– Znalazłem ją. Chodźcie tu, prędko! – wydziera się przez ramię, wyraźnie z siebie zadowolony.
Liście, którymi byłam przykryta, musiały zsunąć się ze mnie w nocy, bo znowu czuję kamienny chłód. A teraz – gdy zza krzewu spogląda na mnie tamten gliniarz – także wstyd. Nie licząc strzępów T-shirtu z podobizną Kurta Cobaina i majtek, jestem niemal naga.
Odruchowo zasłaniam piersi resztkami paproci.
W otworze pojawia się kolejna głowa. Nowo przybyły celuje światłem latarki w głąb piwnicy.
– Matko Boska… – szepcze na mój widok. A potem woła: – Mała, nic ci nie jest?!
Chcę odwarknąć, żeby wyłączył to cholerne światło, żeby mi dali spokój, ale głos grzęźnie mi w gardle, więc przywierając mocniej do ściany, tylko kręcę głową.
Za usypiskiem kamieni i plątaniną róż pojawiają się kolejne osoby. Jedni w mundurach, inni po cywilnemu.
– O kurwa! – rzucają jeden przez drugiego, przeciskając się i zaglądając w otwór.
Czuję się jak zaszczute zwierzę. Wreszcie przed piwnicą pojawia się ktoś przytomny. Ich zwierzchnik?
– Panowie, do diabła! – grzmi. – Nie stójcie tak, trzeba uprzątnąć ten gruz i dostać się do niej. I niech któryś da swoją koszulkę czy inny łach. Musimy dziewczynę w coś ubrać, zanim ją stąd zabierzemy. – A potem zwraca się do mnie łagodnym, niemal ojcowskim tonem: – Ty jesteś Mania, prawda? Nie bój się, jesteśmy z policji, szukamy cię od trzech dni. Wszyscy cię szukają. Twoi koledzy, cała wieś. Martwiliśmy się o ciebie. Twoja mama i babcia czekają. Zaraz cię stąd zabierzemy.
To, co dzieje się później, w moich wspomnieniach zapisze się niewyraźnie, jak narkotyczny trans. Pamiętam, jak znoszą mnie do samochodu na prowizorycznych noszach, bo nie mogę ustać na nogach, a nad głową majaczą nam czarne świerki i zbocze góry o dwóch wierzchołkach, którą dawniej – na długo, nim się urodziłam – nazywano Neumanns-Koppe. Pamiętam radio, przez które informują inne grupy poszukiwawcze, że się znalazłam, i mijany po drodze krzyż choleryczny. A potem wnętrze radiowozu śmierdzące fajkami. Wsadzają mnie na tylną kanapę dużego fiata, oddzieloną od szoferki kratą, przykrywają kocem i włączają syreny. Ruszamy w dół, drogą do wsi. Jeden z gliniarzy, ten w fotelu pasażera, nie przestaje trajkotać, wciąż zadaje pytania:
– Pamiętasz, co się stało? Co robiłaś przez ostatnie trzy dni? Nie słyszałaś, jak cię wołaliśmy? Dlaczego nie wróciłaś do domu?
– Daj jej spokój, stary – strofuje go zza kierownicy ten drugi. – Nie widzisz, że jest w szoku? Musi odpocząć. Na przesłuchanie przyjdzie czas. Wkrótce wszystko sobie przypomni. Prawda? – Spogląda na mnie we wstecznym lusterku.
Przypomnę sobie? Rozchylam palce lewej dłoni, którą miałam dotąd zaciśniętą w pięść. Chowam w niej niewielki metalowy przedmiot. Odznaka połyskuje w słońcu: srebrny romb ze swastyką umieszczoną w centralnym miejscu i emaliowanymi polami dookoła – na przemian czerwonymi i białymi.
Na powrót zmykam dłoń.
A może czasami lepiej nie pamiętać?
Radiowóz podskakuje na dziurawej drodze, za szybą falują Góry Sowie, lato chyli się ku końcowi, a we mnie narasta przekonanie, że niczego sobie nie przypomnę. Bo nie chcę.
1 (niem.) Śpij, mój aniołku.
2 (niem.) Śpij, kochanie.
3 (niem.) Musisz się obudzić.
Nocami krzyczą sarny
Nocami krzyczą sarny" Katarzyna Zyskowska HISTORIĘ PISZĄ ZWYCIĘZCY, ALE CZEMU ZAWSZE PRZEGRYWAJĄ KOBIETY? Maria zaginęła na 3 dni. To było 20 lat temu, kiedy spędzała ostatnie lato u babci w Górach Sowich. Ani ona, ani nikt inny nie wie, co wtedy się z nią działo. Teraz, gdy wraca w tamto miejsce, nie przypuszcza, że będzie musiała zmierzyć się nie tylko ze swoją trau...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book