1
To wąsy uświadomiły mi, że nie jestem już w Anglii: solidna szara gąsienica przesłaniająca górną wargę mężczyzny, wąsy w stylu Village People, wąsy kowboja, miniaturowa miotła, która oznaczała kłopoty. W domu nigdy nie widywałam takich wąsów. Nie mogłam oderwać od nich wzroku.
– Proszę pani?
Jedyną osobą, jaką kiedykolwiek widziałam z takimi wąsami, był pan Naylor, nasz nauczyciel matematyki – zbierał w nich okruchy ciastek, które potem liczyliśmy podczas algebry.
– Proszę pani?
– Och, przepraszam.
Mężczyzna w mundurze przywołał mnie kiwnięciem krótkiego palca. Siedział z nosem przyklejonym do monitora. Czekałam w boksie i czułam, jak zgromadzony przez wiele godzin lotu pot powoli wsiąka w moją sukienkę. Mężczyzna uniósł dłoń i pomachał czterema grubymi palcami. Upłynęło kilka sekund, zanim dotarło do mnie, że w ten sposób domaga się mojego paszportu.
– Nazwisko.
– Tam jest napisane – podpowiedziałam.
– Nazwisko, proszę pani.
– Louisa Elizabeth Clark. – Zerknęłam na komputer. – Ale tej „Elizabeth” nigdy nie używam. Dopiero jak mnie nazwali, moja mama uświadomiła sobie, że jestem Lou Lizzy. A jeśli powie się to dostatecznie szybko, brzmi jak wariatka*. Chociaż mój tata uważa akurat, że mi to pasuje. Nie żebym była wariatką. To znaczy, na pewno nie chcielibyście wpuścić wariatki do swojego kraju. Ha! – Mój głos odbijał się nerwowo od pleksiglasu.
Mężczyzna spojrzał na mnie po raz pierwszy. Miał szerokie bary i wzrok przeszywający jak paralizator. Nie uśmiechnął się. Zaczekał, aż mój uśmiech zbladł.
– Przepraszam – powiedziałam. – Denerwuję się w obecności służb mundurowych.
Obejrzałam się przez ramię. Przez całą sekcję kontroli paszportowej wiła się za mną kolejka, która zakręcała tyle razy, że aż stworzyła nieprzeniknione, niespokojne morze ludzi.
– Chyba trochę dziwnie się czuję przez stanie w tej kolejce. Serio, to najdłuższa kolejka, w jakiej w życiu stałam. Zastanawiałam się nawet, czy nie zacząć planować w niej świąt.
– Proszę położyć dłoń na skanerze.
– To standardowy rozmiar?
– Skanera? – Zmarszczył brwi.
– Kolejki.
Chyba nie usłyszał. Wpatrywał się w coś na monitorze. Położyłam palce na urządzeniu. I wtedy zabrzęczał mój telefon.
Mama: Wylądowałaś?
Sięgnęłam po telefon drugą ręką, żeby odpisać, a mężczyzna gwałtownie podniósł głowę.
– Proszę pani, korzystanie z telefonów komórkowych w tej strefie jest zabronione.
– To tylko moja mama. Chce wiedzieć, czy już wylądowałam. – Ukradkiem próbowałam wysłać jej emotkę z uniesionym kciukiem, zasłaniając telefon przed pogranicznikiem.
– Cel podróży?
Co to jest?
– odpisała mama natychmiast. Przyswoiła esemesowanie błyskawicznie i teraz wstukiwała wiadomości szybciej, niż mówiła. Czyli w zasadzie z prędkością światła.
Wiesz, że mój telefon nie obsługuje tych małych obrazków. Czy to SOS? Louisa, napisz, że wszystko w porządku.
– Cel podróży, proszę pani. – Wąs zadrżał z irytacją. Mężczyzna dodał powoli: – Co będzie pani robić tutaj, w Stanach Zjednoczonych?
– Mam nową pracę.
– To znaczy?
– Zatrudniła mnie rodzina z Nowego Jorku. Central Park.
Mężczyzna na ułamek sekundy uniósł brwi. Sprawdził adres na moim formularzu, by to potwierdzić.
– Jaka to praca?
– To trochę skomplikowane. Ale jestem tak jakby damą do towarzystwa.
– Damą do towarzystwa?
– To było tak. Pracowałam dla pewnego człowieka. Byłam jego osobą do towarzystwa, ale podawałam mu też leki, zabierałam na spacery i karmiłam. To wcale nie jest takie dziwne, jak się wydaje… On był częściowo sparaliżowany. To nie było nic perwersyjnego. W sumie trochę było, bo trudno nie zbliżyć się do ludzi, którymi się opiekujemy, a Will, ten mężczyzna, był wspaniały i my… No cóż, zakochaliśmy się w sobie. – Zbyt późno poczułam znajome pieczenie łez pod powiekami. Szybko otarłam oczy. – No więc to chyba będzie coś podobnego. Tylko bez miłości. I bez karmienia.
Mężczyzna gapił się na mnie. Spróbowałam się uśmiechnąć.
– Zazwyczaj nie płaczę, gdy mówię o swojej pracy, serio. Nie jestem wariatką mimo tego imienia. Ha! Ale go kochałam. A on kochał mnie. A potem… Cóż, postanowił odebrać sobie życie. A ja próbuję zacząć od nowa. – Łzy płynęły z kącików moich oczu już całymi strumieniami. Żenujące. Nie mogłam ich powstrzymać. W ogóle niczego nie mogłam powstrzymać. – Przepraszam. To pewnie jet lag. Tak normalnie jest jakaś druga w nocy, prawda? Poza tym rzadko o nim mówię. To znaczy, mam już nowego chłopaka. Jest wspaniały! To ratownik medyczny! Do tego superprzystojny! Jakbym wygrała los na loterii, no nie? Przystojny ratownik medyczny?
Zaczęłam grzebać w torebce za chusteczką. Gdy podniosłam wzrok, mężczyzna przesunął w moją stronę całe pudełko. Wzięłam jedną.
– Dziękuję. No więc mój przyjaciel Nathan… Jest z Nowej Zelandii… Pracuje tutaj i pomógł mi znaleźć tę pracę, a ja w sumie nie wiem jeszcze, na czym dokładnie będzie ona polegać. Mam się opiekować żoną bogatego człowieka, która popada w depresję. Postanowiłam, że tym razem spróbuję żyć tak, jak chciał tego dla mnie Will, bo poprzednim razem nie poszło mi najlepiej. Wylądowałam w pracy na lotnisku.
Zamarłam.
– Nie… Hm… Nie żeby w pracy na lotnisku było coś złego! Kontrola paszportowa to na pewno ważna praca. Bardzo ważna. Ale ja mam plan. Co tydzień będę robić coś nowego, skoro już tu jestem, i będę mówiła „tak”.
– Mówiła „tak”?
– Nowościom. Will ciągle powtarzał, że zamykam się na nowe doświadczenia. Dlatego to jest mój nowy plan.
Urzędnik zaczął przeglądać moje papiery.
– Nieprawidłowo wypełniła pani pole adresu. Potrzebny mi kod pocztowy.
Popchnął formularz w moją stronę. Sprawdziłam numer na kartce, którą wydrukowałam, i przepisałam go drżącą ręką. Zerknęłam w lewo, kolejka za mną coraz bardziej się niecierpliwiła. W okienku obok dwaj mundurowi przesłuchiwali chińską rodzinę. Gdy kobieta zaprotestowała, zaprowadzili wszystkich do pomieszczenia z tyłu. Nagle poczułam się bardzo samotna.
Mężczyzna w mundurze zerknął na czekających, po czym nagle podbił mój paszport.
– Powodzenia, Louiso Clark – powiedział.
Spojrzałam na niego.
– To wszystko?
– To wszystko.
Uśmiechnęłam się.
– O, dziękuję! To bardzo miłe. To znaczy, to takie dziwne znaleźć się na drugim końcu świata w pojedynkę pierwszy raz w życiu. Teraz czuję się trochę tak, jakbym poznała pierwszą miłą osobę i…
– Proszę przejść dalej.
– Oczywiście. Przepraszam.
Zebrałam swoje rzeczy i odsunęłam wilgotne pasmo włosów z twarzy.
– Proszę pani…
– Tak? – Od razu zaczęłam się zastanawiać, co znów źle zrobiłam.
Mężczyzna nie odrywał wzroku od monitora.
– Proszę uważać, jak będzie pani mówiła „tak”.
Nathan czekał w hali przylotów, tak jak obiecał. Nieśmiało rozglądałam się w tłumie, przekonana w duchu, że nikt po mnie nie przyjdzie, ale on tam był, machał ogromną dłonią nad morzem falujących wokół niego ciał. Podniósł drugą rękę i uśmiechnął się szeroko, po czym utorował sobie drogę w moją stronę, porwał mnie w ramiona i uścisnął.
– Lou!
Gdy tylko go zobaczyłam, poczułam ucisk w gardle – zalała mnie fala wspomnień o Willu, żal z powodu jego śmierci i emocje wywołane siedzeniem przez siedem godzin we wstrząsanym turbulencjami samolocie – i ucieszyłam się, że Nathan przytula mnie mocno, dając mi chwilę na wzięcie się w garść.
– Witaj w Nowym Jorku, Mikrusie! Widzę, że gust ci się nie zmienił.
Odsunął mnie na odległość ramienia, uśmiechając się szeroko. Wygładziłam sukienkę w stylu lat siedemdziesiątych w lamparcie cętki. Uznałam, że będę w niej wyglądać jak Jackie Kennedy z czasów, gdy była żoną Onassisa. Gdyby Jackie Kennedy oblała się kawą podczas lotu.
– Dobrze cię widzieć.
Podniósł moje ciężkie walizki, jakby były wypakowane pierzem.
– Chodź. Jedziemy do domu. Prius trafił do przeglądu, więc pan G. pożyczył mi swój samochód. Straszne korki, ale dotrzesz na miejsce w wielkim stylu.
Samochód pana Gopnika był elegancki, czarny i wielki jak autobus, a drzwi zamykały się w nim z tym stanowczym, lecz dyskretnym trzaśnięciem, które świadczyło o sześciocyfrowej cenie. Nathan włożył moje walizki do bagażnika, a ja z westchnieniem osunęłam się na siedzenie pasażera. Sięgnęłam po telefon, odpisałam na czternaście esemesów mamy jednym, w którym poinformowałam ją tylko, że już siedzę w samochodzie i zadzwonię jutro, po czym odpisałam Samowi, który napisał, że za mną tęskni.
Wylądowałam :**
– A co u twojego faceta? – zapytał Nathan, zerkając na mnie.
– Wszystko w porządku, dzięki. – Dodałam jeszcze kilka buziek dla pewności.
– Nie czepiał się bardzo, jak się dowiedział, że tu przylecisz?
Wzruszyłam ramionami.
– Uznał, że powinnam to zrobić.
– Jak my wszyscy. Po prostu trochę ci zajęło, zanim znalazłaś coś dla siebie, i tyle.
Schowałam telefon, usiadłam wygodniej i zaczęłam się rozglądać po nieznanej okolicy: Milo’s Tire Shop, Richie’s Gym, karetki i furgonetki U-Haul, rozpadające się domy z odłażącą farbą i krzywymi schodami, boiska do koszykówki, kierowcy pijący coś z wielkich plastikowych kubków. Nathan włączył radio i jakiś Lorenzo zaczął opowiadać o meczu bejsbolowym, a ja przez chwilę poczułam się tak, jakbym znalazła się w alternatywnej rzeczywistości.
– No więc masz cały jutrzejszy dzień, żeby się ogarnąć. Co chcesz robić? Pomyślałem, że pozwolę ci pospać, a potem wyciągnę cię na brunch. Powinnaś zobaczyć, jak wygląda prawdziwa nowojorska knajpa w swój pierwszy weekend tutaj.
– Świetny pomysł.
– Oni wracają z country clubu dopiero jutro wieczorem. Trochę się kłócili w tym tygodniu. Wprowadzę cię we wszystko, jak już się wyśpisz.
Zerknęłam na niego.
– Żadnych sekretów, prawda? Nie będzie tak, jak…
– To nie są Traynorowie. Tylko przeciętna, dysfunkcyjna rodzina multimilionera.
– Czy ona jest miła?
– Jest świetna. Kłopotliwa… Ale świetna. On też.
Nie spodziewałam się po Nathanie bardziej pogłębionej charakterystyki. Zaraz potem umilkł – nigdy nie był specjalnie gadatliwy – a ja siedziałam w eleganckim, klimatyzowanym mercedesie GLS i walczyłam z sennością, która ogarniała mnie raz po raz. Myślałam o Samie, który na pewno już mocno spał kilka tysięcy kilometrów stąd w swoim wagonie kolejowym. Myślałam o Treenie i Thomie w moim maleńkim mieszkaniu w Londynie. A potem rozległ się głos Nathana:
– No i masz.
Podniosłam opuchnięte powieki i zobaczyłam za mostem Brooklińskim Manhattan iskrzący się milionem poszarpanych odłamków światła, zachwycający, błyszczący, niewiarygodnie skondensowany i piękny, krajobraz tak znajomy z telewizji i filmów, że nie potrafiłam do końca zaakceptować tego, iż widzę go naprawdę. Wyprostowałam się na siedzeniu oniemiała, gdy pędziliśmy ku najsłynniejszej metropolii świata.
– Ten widok nigdy się nie nudzi, nie? Ciut większe miasto niż Stortfold.
Chyba dopiero w tamtej chwili to do mnie dotarło. Mój nowy dom.
– Cześć, Ashok. Co słychać? – Nathan wwiózł moje walizki do marmurowego lobby, a ja wbiłam wzrok w biało-czarne płytki i mosiężne poręcze, próbując się nie potknąć, gdy moje kroki niosły się echem po tym ogromnym wnętrzu.
Przypominało ono trochę hol wspaniałego, nieco podupadłego hotelu: winda z polerowanej miedzi, czerwono-złota wykładzina na podłodze, nieco za ciemna recepcja. Wokół unosił się zapach pszczelego wosku, pasty do butów i wielkich pieniędzy.
– W porządku, stary. A to kto?
– To jest Louisa. Będzie pracować dla pani G.
Portier w liberii wyszedł zza biurka i wyciągnął do mnie rękę, by się przywitać. Miał szeroki uśmiech i oczy, które widziały już wszystko.
– Miło cię poznać, Ashok.
– Brytyjka! Mam kuzyna w Londynie. Mieszka w Croy-down. Znasz Croy-down? Byłaś tam kiedyś? To duży gość, wiesz, o co mi chodzi?
– Słabo znam Croydon – odparłam. A gdy mina mu zrzedła, dodałam: – Ale rozejrzę się za nim następnym razem, gdy tam będę.
– Louisa. Witamy w Lavery. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, będziesz chciała się czegoś dowiedzieć, daj znać. Jestem tutaj dwadzieścia cztery godziny na dobę.
– On nie żartuje – wtrącił Nathan. – Czasami chyba nocuje pod tym biurkiem. – Wskazał mi gestem brudnoszare drzwi windy towarowej na tyłach lobby.
– Trójka dzieciaków poniżej piątego roku życia, człowieku – mruknął Ashok. – Możecie mi wierzyć, tylko dzięki tej robocie jeszcze nie zwariowałem. Nie mogę powiedzieć tego samego o mojej żonie. – Uśmiechnął się szeroko. – Serio, panno Louiso. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, wal do mnie jak w dym.
– W sensie: narkotyków, prostytutek, adresów znanych burdeli? – szepnęłam, gdy drzwi windy towarowej zamknęły się za nami.
– Nie. W sensie: biletów do teatru, stolika w restauracji, adresu najlepszej pralni chemicznej – odparł Nathan. – To jest Piąta Aleja. Jezu. Coś ty robiła w tym Londynie?
Rezydencja Gopników obejmowała sześćset pięćdziesiąt metrów kwadratowych na pierwszym i drugim piętrze budynku z czerwonej cegły w stylu neogotyckim. Dwupoziomowe mieszkania stanowiły rzadkość w tej części Nowego Jorku i dowodziły wielopokoleniowej zamożności rodziny. Nathan powiedział, że Lavery to pomniejszona kopia słynnej Dakoty i jedna z najstarszych spółdzielni mieszkaniowych na Upper East Side. Nikt nie mógł kupić ani sprzedać mieszkania tutaj bez zgody rady mieszkańców, którzy stanowczo sprzeciwiali się zmianom. Podczas gdy w nowych budynkach po drugiej stronie parku mieszkali nuworysze – rosyjscy oligarchowie, gwiazdy pop, chińscy magnaci stalowi i technologiczni miliarderzy – mając pod ręką swoje restauracje, siłownie, przedszkola i baseny bez krawędzi, rezydenci Lavery woleli być wierni tradycji.
Apartamenty przekazywano tutaj z pokolenia na pokolenie, a ich mieszkańcy tolerowali kanalizację z lat trzydziestych, toczyli długie i skomplikowane boje o pozwolenia na zmianę czegokolwiek więcej niż tylko przełącznik światła i uprzejmie ignorowali to, że Nowy Jork zmienia się wokół nich, tak jak odwracali głowy na widok żebraków z kartonowymi wywieszkami.
Tylko rzuciłam okiem na wspaniałe wnętrza z parkietami na podłogach, wysokimi sufitami i adamaszkowymi zasłonami, bo udaliśmy się prosto do części dla personelu upchniętej na dalekim końcu pierwszego piętra i długiego wąskiego korytarza, który zaczynał się w kuchni – anomalii stanowiącej pozostałość odległej epoki. Budynki nowsze lub takie po generalnym remoncie nie miały kwater dla służby – gospodynie i nianie przyjeżdżały z Queens i New Jersey pierwszymi pociągami i wracały do domów po zmroku. Rodzina Gopników dysponowała tymi klitkami, odkąd postawiono budynek. Nie można ich było przebudować ani odsprzedać – były związane notarialnie z główną rezydencją i stanowiły obiekt pożądania, ponieważ nadawały się do przechowywania różnych rzeczy. Bardziej niż do mieszkania.
– Proszę. – Nathan otworzył drzwi i postawił na ziemi moje bagaże.
Mój pokój mierzył mniej więcej trzy i pół na trzy i pół metra. Znajdowały się w nim podwójne łóżko, telewizor, komoda i szafa. Stojący w kącie mały, obity beżową tkaniną fotel z zapadłym siedziskiem dowodził wyczerpania wielu poprzednich mieszkańców. Wąskie okno wychodziło chyba na południe. Albo północ. A może wschód. Trudno powiedzieć, ponieważ zaledwie dwa metry dalej wyrastała ślepa ściana z cegieł budynku tak wysokiego, że niebo mogłam dostrzec tylko, przyciskając twarz do szyby i wyciągając szyję.
W korytarzu obok znajdowała się kuchnia, którą dzieliłam z Nathanem i gospodynią mieszkającą naprzeciwko. Na moim łóżku leżało pięć ciemnozielonych koszulek polo i czarne spodnie o tanim teflonowym połysku.
– Nie powiedzieli ci o mundurkach?
Sięgnęłam po jedną z koszulek polo.
– To tylko góra i spodnie. Gopnikowie uważają, że mundurek wszystko ułatwia. Każdy wie, jakie zajmuje stanowisko.
– Jeśli ktoś lubi wyglądać jak zawodowy golfista.
Zajrzałam do maleńkiej łazienki wyłożonej brązowym marmurem z plamami osadu. Znajdowały się w niej kibelek, mała umywalka jak z lat czterdziestych i prysznic. Z boku leżały owinięte w papierek mydło i stała puszka spreju na karaluchy.
– W sumie to całkiem dużo jak na manhattańskie standardy – zapewnił mnie Nathan. – Wiem, że wygląda marnie, ale pani G. mówi, że możemy odmalować. Parę dodatkowych lamp, krótki wypad do Crate and Barrel i będzie…
– Bardzo mi się podoba – wtrąciłam. Odwróciłam się do niego, a mój głos zaczął drżeć. – Jestem w Nowym Jorku, Nathan. Naprawdę tu jestem.
Uścisnął moją rękę.
– No. Naprawdę jesteś.
Udało mi się nie zasnąć na tyle długo, by się rozpakować, zjeść coś, co Nathan zamówił z dowozem, przejrzeć część z ośmiuset pięćdziesięciu dziewięciu kanałów na moim małym telewizorze – leciały na nich w pętli głównie mecze futbolu amerykańskiego, reklamy środków na trawienie i kiepsko oświetlone seriale kryminalne, o których nigdy nie słyszałam – ale w końcu się poddałam. Obudziłam się nagle za dwadzieścia piąta rano. Przez kilka otępiałych minut kręciło mi się w głowie od odległych odgłosów nieznajomych syren i niskiego jęku cofającej ciężarówki, po czym włączyłam światło, przypomniałam sobie, gdzie jestem, i poczułam dreszcz podekscytowania.
Wyjęłam laptop z torby i wklepałam wiadomość do Sama na chacie.
Jesteś tam? :**
Czekałam, ale nie odpisał. Uprzedzał mnie, że wróci do pracy, a ja byłam zbyt skołowana, by połapać się w strefach czasowych. Odłożyłam laptop i przez chwilę próbowałam znów zasnąć (Treena mówi, że jak się nie wyśpię, wyglądam jak smutny koń). Nieznajome odgłosy wielkiego miasta wzywały mnie jednak jak syreni śpiew, więc o szóstej wstałam i wzięłam prysznic, próbując ignorować rdzę w strzelającej nierównym strumieniem ze słuchawki prysznicowej wodzie. Ubrałam się (dżinsowa sukienka bezrękawnik i vintage’owa turkusowa bluzka z krótkim rękawem i zdjęciem Statuy Wolności), po czym wyruszyłam na poszukiwania kawy.
Szłam korytarzem, próbując sobie przypomnieć, gdzie znajduje się kuchnia dla personelu, którą Nathan pokazał mi poprzedniego wieczoru. Gdy otworzyłam drzwi, stojąca za nimi kobieta odwróciła się i spojrzała na mnie. Była w średnim wieku, przysadzista, miała ciemne włosy ułożone w schludne fale jak gwiazda filmowa z lat trzydziestych. Miała też piękne ciemne oczy i wargi zaciśnięte w grymasie permanentnego niezadowolenia.
– Hm… Dzień dobry!
Nie spuszczała ze mnie wzroku.
– J-jestem Louisa? Nowa? Asystentka pani Gopnik?
– To nie jest pani Gopnik – oświadczyła zagadkowo kobieta.
– A pani musi być… – Łamałam sobie zamuloną jet lagiem głowę, ale nie przychodziło do niej żadne imię ani nazwisko. No daj spokój, nakazałam sobie. – Bardzo przepraszam. Mój mózg przypomina dzisiaj owsiankę. Jet lag.
– Mam na imię Ilaria.
– Ilaria. Oczywiście, że tak. Przepraszam. – Wyciągnęłam rękę. Nie ujęła jej.
– Wiem, kim jesteś.
– Hm… Czy możesz mi pokazać, gdzie Nathan trzyma mleko? Chciałam tylko napić się kawy.
– Nathan nie pije mleka.
– Naprawdę? Dawniej pił.
– Myślisz, że cię okłamuję?
– Nie. Nie to miałam na m…
Przesunęła się w lewo i wskazała szafkę, która była o połowę mniejsza od pozostałych i wisiała nieco za wysoko, by jej dosięgnąć.
– Ta jest twoja.
Otworzyła drzwi lodówki, by odłożyć sok, a ja zauważyłam na jej półce pełną dwulitrową butelkę mleka. Zamknęła lodówkę, po czym zmierzyła mnie nieustępliwym spojrzeniem.
– Pan Gopnik wróci dzisiaj o wpół do siódmej. Załóż mundurek, zanim się z nim zobaczysz. – Po tych słowach wyszła. Kapcie klaskały o podeszwy jej stóp.
– Bardzo miło było cię poznać! Jestem przekonana, że będziemy się często widywać! – zawołałam za nią.
Zerknęłam na lodówkę i doszłam do wniosku, że na pewno nie jest za wcześnie, by wyskoczyć po mleko. Bądź co bądź przeprowadziłam się do miasta, które nigdy nie śpi.
Nowy Jork może nie spał, ale w Lavery panowała tak nieprzenikniona cisza, jakby cała tutejsza społeczność funkcjonowała na zopiklonie. Przeszłam przez korytarz, delikatnie zamknęłam za sobą drzwi, po czym osiem razy sprawdziłam, czy mam torebkę i klucze. Doszłam do wniosku, że wczesna pora i śpiący mieszkańcy to dla mnie okazja, by dokładniej przyjrzeć się miejscu, w którym wylądowałam.
Gdy szłam na palcach po miękkim dywanie, który tłumił moje kroki, za jakimiś drzwiami zaczął szczekać pies – jazgotliwie, z oburzeniem protestując – a jakaś staruszka krzyknęła coś, czego nie zrozumiałam. Przyspieszyłam, nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za pobudkę innych mieszkańców, i zamiast zejść głównymi schodami, zjechałam na dół windą towarową.
W lobby również nie było nikogo, więc wyszłam na ulicę prosto w zgiełk i powódź światła tak obezwładniającą, że musiałam na chwilę przystanąć, by się nie przewrócić. Przede mną rozpościerała się na wiele kilometrów zielona oaza Central Parku. Po mojej lewej na bocznych uliczkach już panował ruch – potężni mężczyźni w kombinezonach wypakowywali skrzynki z otwartej furgonetki. Przyglądał im się policjant, który krzyżował na brzuchu ręce wielkie jak szynki. Zamiatarka mruczała pracowicie. Taksówkarz dyskutował z jakimś facetem przez otwarte okno. W głowie odhaczałam na liście widoki charakterystyczne dla Wielkiego Jabłka. Konne powozy! Żółte taksówki! Niewiarygodnie wysokie budynki! Gdy się rozglądałam, obok przeszło dwoje zmęczonych turystów z dziećmi w wózkach. W dłoniach ściskali styropianowe kubki z kawą, wciąż funkcjonując w jakiejś odległej strefie czasowej. Manhattan rozciągał się we wszystkich kierunkach, ogromny, skąpany w słońcu, rojny i pełen blasku.
Mój jet lag wyparował w pierwszych promieniach słońca. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam przed siebie, wiedząc, że uśmiecham się jak wariatka, ale nie mogłam się powstrzymać. Przeszłam osiem przecznic i nie zauważyłam ani jednego sklepu spożywczego. Skręciłam w Madison Avenue, mijałam masywne witryny luksusowych domów handlowych, które wciąż były zamknięte, od czasu do czasu restaurację z oknami zaciemnionymi niczym zamknięte oczy, a także pozłacany hotel, przed którym stał portier w liberii i nawet na mnie nie spojrzał.
Pokonałam jeszcze pięć przecznic, zanim dotarło do mnie, że nie jest to okolica, w której można tak po prostu wpaść do spożywczaka. Wyobrażałam sobie, że w Nowym Jorku na każdym rogu jest jadłodajnia, w której pracują aroganckie kelnerki i stołują się mężczyźni w kapeluszach z szerokimi rondami, ale tutaj wszystko było masywne, błyszczące i na pewno nie skrywało za drzwiami omleta z serem ani kubka herbaty. Mijali mnie głównie turyści tacy jak ja albo zajadli umięśnieni biegacze w lycrze i ze słuchawkami w uszach, którzy zwinnie wymijali bezdomnych przyglądających im się gniewnie spod nastroszonych brwi na pobrudzonych twarzach. W końcu natknęłam się na dużą kawiarnię sieciową, w której zebrała się chyba połowa nowojorskich rannych ptaszków, by w boksach pochylać się nad swoimi komórkami lub karmić nienormalnie radosne dzieciaki przy akompaniamencie popularnych piosenek sączących się z głośników na ścianach.
Zamówiłam cappuccino i muffinkę, którą, zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, barista przeciął na pół, podgrzał i posmarował masłem, nie odrywając się przy tym ani na chwilę od rozmowy o meczu bejsbolowym, którą toczył z kolegą.
Zapłaciłam, usiadłam z owiniętą w folię muffinką i odgryzłam kawałek. Była to, nawet biorąc pod uwagę dręczący mnie jetlagowy głód, najlepsza rzecz, jaką w życiu jadłam.
Siedziałam przy oknie, obserwując wczesny poranek na manhattańskiej ulicy przez mniej więcej pół godziny. Moje usta na przemian napełniały się lepką maślaną muffinką i parzącą mocną kawą, a ja bez przeszkód toczyłam swój wewnętrzny monolog (Piję nowojorską kawę w nowojorskiej kawiarni! Spaceruję po nowojorskich ulicach! Jak Meg Ryan! Albo Diane Keaton! Jestem w prawdziwym Nowym Jorku!). W tamtej chwili rozumiałam doskonale, co Will próbował mi opisać dwa lata temu: przez kilka minut, czując w ustach nieznajome smaki i sycąc oczy nieznajomymi widokami, egzystowałam tylko w tym jednym momencie. Byłam w nim całkowicie obecna, moje zmysły żyły, całe moje ja otwierało się na nowe doświadczenia wokół. Byłam w jedynym miejscu na świecie, w jakim mogłam być.
A potem, na pozór bez żadnego powodu, dwie kobiety przy stoliku obok zaczęły się okładać pięściami. Kawa i kawałki ciastek latały wokół nich, a bariści rzucili się, by je rozdzielić. Otrzepałam sukienkę z okruchów, zamknęłam torebkę i uznałam, że najwyższa pora wracać do zacisznego Lavery.
* ang. lunacy
Moje serce w dwóch światach
NOWE EKSKLUZYWNE WYDANIE WIELKIEGO BESTSELLERA! UWIELBIANA SERIA O LOU CLARK W NOWEJ ODSŁONIE! „Najważniejsze to wiedzieć, że zawsze możesz znaleźć sposób, by wymyślić się na nowo”.Josh ma spojrzenie zupełnie jak Will. Ten sam uśmiech, ten sam kolor włosów. Lou zaniemówiła, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Czy to możliwe, że istnieje mężczyzna aż tak podobny do miłości jej ż...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book
e-book · audio