1
Dryfowała z rozłożonymi ramionami, oblewała ją woda. Wdychała zapach soli i kokosu, nieodmiennie kojarzący się z latem. W ustach pozostał jeszcze przyjemny smak śniadania: bekonu, kawy i być może croissantów. Zadarła brodę. Poranne słońce mocno odbijało się od lustra wody, musiała przymrużyć oczy, żeby popatrzeć na stopy. Każdy palec miała pomalowany na inny kolor. Czerwony. Złoty. Fioletowy. Dziwne. Lakier był nałożony nierówno, wychodził poza paznokieć. Obok niej na wodzie dryfował ktoś jeszcze. Ktoś, kogo bardzo lubiła. Kto zawsze potrafił ją rozśmieszyć. Kto miał paznokcie pomalowane identycznie jak ona. Kto poruszył teraz różnokolorowymi palcami, jakby się do niej uśmiechał. Ogarnęły ją senność i błogie rozleniwienie. Gdzieś z oddali dobiegło głośne: „Marco?”, a chór dziecięcych głosów odkrzyknął: „Polo!”. Mężczyzna powtórzył: „Marco, Marco, Marco?”, a głosy odpowiedziały: „Polo, Polo, Polo!”. Jakieś dziecko się roześmiało. Beztroski śmiech niósł się w powietrzu niczym bańki mydlane.
– Alice? – usłyszała przy uchu cichy, natarczywy głos.
Odchyliła głowę, pozwalając, by chłodna woda bezszelestnie zamknęła się nad twarzą.
Przed oczami tańczyły jej iskierki światła.
To sen czy wspomnienie?
– Nie wiem! – odezwał się przestraszony głos. – Nie było mnie, kiedy to się stało!
Po co te nerwy?
Sen, marzenie – cokolwiek to było – rozmyło się i zniknęło jak odbicie na wodzie, a przez głowę zaczęły przemykać urywki myśli, jakby w niedzielny poranek budziła się z długiego, głębokiego snu.
Ser topiony należy do tej samej grupy co pleśniowe?
Też ma luźną konsystencję.
I jest…
…ciągnący.
Dlatego na zdrowy chłopski rozum…
…coś tam.
Coś rozumnego.
Lawenda jest rozkoszna.
Rozumnie rozkoszna.
Właśnie, muszę ją przyciąć!
Czuję zapach lawendy.
Nie, nie czuję.
Właśnie że tak.
Dopiero wtedy po raz pierwszy zwróciła uwagę na ból. W czaszce z jednej strony dudniło, jakby ktoś solidnie przywalił młotkiem.
Natychmiast otrząsnęła się z rozleniwienia. Co znaczy ten ból głowy? Nikt nawet o tym nie napomknął. Sporządziła całą listę możliwych objawów: zgaga, metaliczny smak w ustach, zawroty głowy, zmęczenie. Ani słowa o rozsadzającym bólu czaszki. Paskudne przeoczenie, bo to wyjątkowo nieprzyjemne uczucie. Oczywiście skoro nie potrafi znieść najzwyklejszego bólu głowy, to…
Zapach lawendy to owiewał ją, to znikał jak bryza.
Znów odpłynęła.
Najlepsze wyjście: zasnąć i zanurzyć się w tamtym uroczym śnie o wodzie i różnokolorowych paznokciach u nóg.
Właściwie może ktoś wspominał o bólach głowy, a ona zapomniała? Tak, jasne, wspominał! Bóle głowy, na litość boską! Koszmarne! Fantastycznie.
Tyle trzeba zapamiętać. Żadnych serów pleśniowych, wędzonego łososia ani sushi, żeby nie narazić maleństwa na chorobę, o której wcześniej nawet nie słyszała. Listeria. Jakaś bakteria. Szkodzi dziecku. Dlatego nie wolno jeść resztek. Kęsek wczorajszego udka kurczaka może zabić juniora. Oto brutalny ciężar rodzicielstwa.
Na razie chyba jednak pośpi. Najlepsze wyjście.
Listeria.
Wisteria.
A gdyby tak posadzić wisterię przy płocie od strony sąsiadów? Genialnie by wyglądała, gdyby zakwitła.
Listeria, wisteria.
Ha. Śmieszne te słowa.
Uśmiechnęła się, chociaż głowa naprawdę bolała. Próbowała udawać silną.
– Alice, słyszysz mnie?
Zapach lawendy przybrał na sile. Jakiś taki słodkomdlący.
Ser topiony dobrze się rozsmarowuje. Ma idealną konsystencję. Nie za miękki, nie za twardy. W sam raz. Zupełnie jak łóżeczko niedźwiedziątka.
– Powieki jej drgają, jakby coś jej się śniło.
Nic z tego nie będzie. Nie zaśnie, chociaż czuje się wyczerpana i marzy o tym, żeby przespać cały dzień. Każdą ciężarną tak strasznie łupie w głowie? To jakaś zaprawa, przygotowująca do katorgi rodzenia? Kiedy wstanie, musi to sprawdzić w podręczniku.
Ciągle zapominała, jak okropny jest ból. Okrutny. Męczący. Człowiek marzy tylko, żeby go już nie czuć. Błagam, niech przestanie boleć. Na to wyłącznie znieczulenie zewnątrzoponowe. Tak, koniecznie epidural. Na moją głowę, bardzo proszę. Dziękuję.
– Alice, spróbuj otworzyć oczy.
Czy topiony to w ogóle ser? Przecież nie wykłada się go na deskę razem z innymi. Może kategoria „ser” w ogóle nie obejmuje topionych? Nie zapyta o to lekarza. A nuż znowu westchnie: „Och, Alice…”? Nie będzie robić sobie wiochy.
Nie mogła się umościć. Materac wydawał się twardy jak beton. Jeśli przesunie się w poprzek i połaskocze stopą Nicka, on przekręci się i przyciągnie ją do siebie. Ciepły, przytulny misio. Żywy termofor.
Gdzie ten Nick? Czyżby już wstał? Może parzy herbatę.
– Lepiej się nie ruszaj, Alice. Leż nieruchomo i otwórz oczy, skarbie.
Elisabeth powinna wiedzieć, do jakiej grupy zaliczyć ser topiony. Prychnie z wyższością, jak to starsza siostra, i udzieli precyzyjnej odpowiedzi. Mama w ogóle nie zrozumiałaby, o co chodzi. Byłaby zszokowana. Powiedziałaby: „Ależ skąd, nie, ani trochę! Na pewno jadłam sery pleśniowe, kiedy byłam w ciąży z wami. Wtedy nikt nie wiedział o takich chorobach”. I trułaby tak bez końca, zamartwiając się, czy Alice niechcący nie złamała jakiejś zasady. Mama starannie przestrzegała wszelkich zasad. Alice zresztą też. Frannie pewnie by nie wiedziała, ale natychmiast siadłaby przed nowiutkim komputerem i tam poszukała odpowiedzi – tak samo jak za szkolnych lat pomagała Alice i Elisabeth, szperając w Encyklopedii Britannica.
Głowa naprawdę boli.
A pewnie to zaledwie mikrocząsteczka tego, jakie będą bóle porodowe. Świetnie.
Tyle że ona przecież nawet nie tknęła sera topionego. W każdym razie świadomie.
– Alice? Alice?!
Nawet go nie lubiła.
– Ktoś wezwał pogotowie?
I znowu zapach lawendy.
Raz, kiedy odpinali pasy, Nick odburknął (w odpowiedzi na jej uwagę, którą próbowała wymusić komplement) z ręką na klamce od drzwi samochodu: „Gąsko, nie gadaj głupot. Przecież wiesz, że szaleję za tobą”.
Otworzyła drzwi, poczuła dotyk słońca na nogach i zapach lawendy, którą posadziła przed domem.
Szaleję za tobą.
Na moment przeniosła się do lawendowego raju – po zwykłych zakupach w supermarkecie.
– Już jadą! Wybrałam trzy zera! Pierwszy raz w życiu! Czuję się mądra i odpowiedzialna! A już, już miałam wystukać 911 jak Amerykanka. Nawet wcisnęłam dziewiątkę! To najlepszy dowód, że oglądam za dużo telewizji.
– Mam nadzieję, że to, wiesz, nic poważnego. Chyba, wiesz, mnie nie pozwie, co? Moim zdaniem ten układ wcale nie był trudny.
– Szczerze? Uważam, że trochę przesadziłaś, dorzucając obrót na końcu. Zwłaszcza że jeszcze kręciło się nam w głowach po tamtym podwójnym wyskoku.
– Litości, to grupa zaawansowana! Ludzie narzekają, jeśli ćwiczenia są zbyt łatwe. A ja daję wybór. Uczę po trochu, wiesz. Rany, cokolwiek zrobię, będą marudzić.
Jakaś audycja na żywo? Nienawidziła takich pogawędek ze słuchaczami. Zwykle dzwonili nudziarze, marudy, którymi właśnie coś wstrząsnęło. Alice raz przyznała się, że nią nic nigdy nie wstrząsnęło, na co Elisabeth odparła, że już to jest wstrząsające.
– Włączyłeś radio, Nick? – odezwała się, nie otwierając oczu. – Bo chyba mam migrenę.
Zabrzmiało to jak grymaszenie rozkapryszonej panny. Nigdy tego nie robiła, ale nie zapominajmy, że spodziewa się dziecka, boli ją głowa, jest jej zimno i w ogóle czuje się… dziwnie.
Może to poranne mdłości?
A czy w ogóle jest rano?
Och, Alice.
– Alice, słyszysz mnie? Słyszysz mnie, Alice?
Rodzynku, słyszysz mnie? Słyszysz mnie, Rodzyneczku?
Co wieczór przed snem Nick rozmawiał z dzieckiem przez tubę po papierze toaletowym przyciśniętą do brzucha Alice. Usłyszał o tym w jakimś programie radiowym. Podobno dzięki temu dziecko oprócz głosu matki uczy się rozpoznawać głos ojca.
– Ahoj! – wołał. – Słyszysz mnie, Rodzyneczku? Mówi twój tata.
Wyczytali gdzieś, że dziecko jest teraz wielkości rodzynka. Stąd to przezwisko. Oczywiście zwracali się tak do niego, wyłącznie kiedy byli sami. Poza tym zachowywali się jak przystało na wyluzowanych rodziców. Żadnego roztkliwiania się w miejscach publicznych.
Rodzynek odpowiadał, że tak, czuje się świetnie, dzięki, tatku. Czasem trochę się nudzi, ale poza tym w porządku. Wolałby, żeby mama przestała się zajadać tą obrzydliwą zieleniną i od czasu do czasu jednak skusiła się na pizzę. „Dość żarcia dla królików!”, protestował.
Wszystko wskazywało na to, że Rodzynek jest chłopcem. Po prostu było czuć, że ma w sobie coś z faceta. Mały rozrabiaka. Oboje to przyznawali.
Alice układała się na wznak i patrzyła na czubek głowy Nicka. We włosach połyskiwało już sporo srebrnych nitek. Nie wiedziała, czy je dostrzegł, więc o nich nie wspominała. Miał trzydzieści dwa lata. Kiedy patrzyła na jego siwiznę, oczy Alice zachodziły mgłą. Wszystko przez ciążową skłonność do roztkliwiania się.
Nigdy głośno nie mówiła do dziecka. Rozmawiała z nim w myślach. Nieśmiało, leżąc w kąpieli (oczywiście nie za gorącej – tyle tych przykazań!). Hej, maleństwo – szeptała bezgłośnie i ogarniało ją uniesienie, z zachwytem plaskała dłońmi w wodę niczym dzieciak czekający na Gwiazdkę. Miała już trzydziestkę na karku, do kompletu gigantyczną pożyczkę, męża i dziecko w drodze, a wciąż czuła się niemal tak samo jak wtedy, gdy kończyła piętnaście lat.
Tyle że wówczas po zwykłych zakupach nie przenosiła się do raju. Wciąż przecież nie poznała Nicka. Jej serce musiało jeszcze zostać kilkakrotnie złamane, żeby wreszcie mógł się pojawić i skleić je zdaniami w rodzaju „szaleję za tobą”.
– Alice? Dobrze się czujesz? Proszę, otwórz oczy.
Kobiecy głos. Zbyt donośny i uporczywy, by go ignorować. Bezlitośnie przywoływał do rzeczywistości, nie pozwalał zapaść w błogą nieświadomość.
Nie znosiła tego rodzaju głosu. Na sam dźwięk skóra zaczynała ją swędzieć jak od przyciasnych pończoch.
Co kobieta z takim głosem robi w jej sypialni?
Przekręciła głowę na bok.
– Au!
Otworzyła oczy.
Przed sobą zobaczyła tylko mgłę nieznanych kolorów i kształtów. Nie widziała nawet szafki nocnej ze szklanką wody. Wzrok znowu musiał jej się pogorszyć.
Mrugnęła. Potem znowu i wreszcie – jakby wyregulowała teleskop – obraz stał się ostry. Przed oczami pojawiły się czyjeś kolana. Dziwne.
Chude, blade kolana.
Odrobinę uniosła brodę.
Wreszcie!
Pierwej by się śmierci spodziewała niż Jane Turner, koleżanki z pracy. A jednak to ona klęczała obok, zarumieniona, z lepkimi włosami przyklejonymi do czoła. W oczach malowało się zmęczenie. Dopiero teraz Alice zauważyła jej krótką i tłustą szyję. Jane była ubrana w przepocony T-shirt i szorty. Chude białe przedramiona miała upstrzone ciemnymi piegami. Alice zwykle widywała ją ubraną od stóp do głów. Żenujący widok. Biedna, stara Jane.
– Listera, wisteria – odezwała się Alice, siląc się na dowcip.
– Masz omamy – powiedziała Jane. – Lepiej nie siadaj.
– Wcale nie zamierzam.
Zdaje się, że jednak nie leżała w łóżku. To chyba była zimna posadzka. Czyżby się upiła? Zapomniała, że spodziewa się dziecka i spiła się do nieprzytomności? Aż do omamów?
Jej położnik – szykowny mężczyzna, zawsze z muszką pod szyją, niepokojąco podobny do jednego z jej byłych chłopaków – uspokajał, że jego zdaniem aperitif i, powiedzmy, kieliszeczek wina do kolacji nie stanowią problemu. Alice sądziła, że aperitif to nazwa alkoholu. (Och, Alice!, wzdychała Elisabeth.) Dopiero Nick wyjaśnił, że chodzi o drinka przed kolacją. W jego rodzinie pijało się aperitify. W rodzinie Alice wybór alkoholi ograniczał się do zakurzonej butelki likieru Baileys, ukrytej w szafce za puszkami spaghetti – czekała na lepsze czasy. Mimo pozwolenia ginekologa od chwili, gdy zrobiła test ciążowy, wypiła pół kieliszka szampana i tym się zadręczała, choć wszyscy uspokajali, że nic się nie stało.
– Gdzie ja jestem? – Alice bała się odpowiedzi. Leżała w jakiejś podejrzanej spelunie albo klubie nocnym? Jak wytłumaczy Nickowi, że zapomniała o ciąży?
– Jesteś w siłowni – wyjaśniła Jane. – Przewróciłaś się i straciłaś przytomność. Omal nie dostałam zawału z przerażenia, choć w głębi ducha cieszyłam się, bo miałam pretekst, żeby zrobić przerwę.
Siłownia? Alice zawsze omijała takie miejsca. Czyżby ocknęła się pijana w siłowni?
– Straciłaś równowagę – zawtórował Jane ktoś szczebiotliwym, piskliwym głosem. – Ale poleciałaś! Napędziłaś nam strachu, niezdaro! Już wezwałyśmy pogotowie, więc spokojnie, zaraz będzie fachowa pomoc.
Obok Jane klęczała mocno opalona, szczupła dziewczyna z tlenionymi włosami ściągniętymi w kucyk. Miała na sobie błyszczące szorty z lycry i kończącą się nad pępkiem obcisłą czerwoną koszulkę z napisem „Spin crazy”. Alice od pierwszej chwili poczuła do niej antypatię. Nie da się obrażać i nazywać niezdarą. Elisabeth, siostra, miała na to inne określenie. Twierdziła, że Alice jest przewrażliwiona, traktuje siebie zbyt poważnie.
– Zemdlałam? – spytała Alice z nadzieją w głosie.
Ciężarne często mdlały. Jej nigdy jeszcze się to nie udało, jako dziesięciolatka uparcie ćwiczyła w nadziei, że zemdleje w kościele i zostanie wyniesiona w muskularnych ramionach pana Gillespie, nauczyciela wuefu.
– Pytam, bo jestem w ciąży. – Zaraz się okaże, kto tutaj jest niezdarą.
Jane rozdziawiła usta ze zdumienia.
– Chryste! Alice, nie mów…!
Instruktorka ściągnęła wargi, jakby przyłapała Alice na jakimś grzeszku.
– Ojejciu, złotko, przecież na początku kursu pytałam, czy któraś nie spodziewa się dziecka. Niepotrzebnie ukrywałaś. Nie ma się czego wstydzić. Zaproponowałabym ci jakieś modyfikacje.
Alice dudniło w głowie. Co one bredzą?
– Ciąża – odezwała się znowu Jane. – W takiej sytuacji. Dramat.
– Nieprawda. – Alice przyłożyła rękę do brzucha, żeby Rodzynek nie usłyszał i nie poczuł się urażony. Co Jane obchodzi sytuacja finansowa jej i Nicka? A w ogóle na wieść o ciąży wszyscy powinni być wniebowzięci.
– Ale co zrobisz w tej sytuacji? – drążyła Jane.
Na miłość boską!
– Co zrobię? Jak to, co zrobię? Urodzę, to oczywiste. – Pociągnęła nosem. – Pachniesz lawendą. Wiedziałam, że czuję jej zapach.
Jak każda ciężarna miała wyostrzony zmysł powonienia.
– To mój dezodorant.
Jane wyglądała fatalnie. Pod oczami pojawiły się wory. Trudno było ich nie zauważyć. Chyba najwyższy czas, by zaczęła stosować krem przeciwzmarszczkowy.
– Dobrze się czujesz, Jane?
– Jasne – prychnęła Jane. – Martw się lepiej o siebie, kobieto. To ty jesteś w ciąży i rozbijasz sobie łeb.
Dziecko! Egoistycznie myślała o swojej obolałej głowie, choć powinna martwić się o biednego Rodzyneczka. Wspaniałą będzie matką, nie ma co.
– Mam nadzieję, że podczas upadku nie zrobiłam maleństwu krzywdy – zaniepokoiła się.
– Och, dzieci są twardsze, niż się wydaje. Nie przejmuj się – rozległ się głos innej kobiety.
Dopiero teraz Alice podniosła wzrok i dostrzegła wokół siebie wianuszek zaczerwienionych pań w średnim wieku, ubranych w stroje sportowe. Niektóre wyciągały szyje i gapiły się z niezdrową ciekawością, niczym świadkowie wypadku drogowego, inne podparły się i gawędziły jak na przyjęciu. Zdaje się, że znajdowały się w długim pomieszczeniu oświetlonym jarzeniówkami. Z oddali dobiegała jakaś delikatna muzyka, metaliczny stukot i wybuchy męskiego śmiechu.
– Bogiem a prawdą, będąc w ciąży, nie powinnaś wykonywać intensywnych ćwiczeń – wtrąciła.
– Przecież ja w ogóle nie ćwiczę – tłumaczyła się Alice. – Choć wiem, że powinnam poświęcać temu więcej czasu.
– Nawet gdybyś stanęła na głowie, nie znalazłabyś więcej czasu na ćwiczenia, złotko – stwierdziła Jane.
– Nic z tego nie rozumiem. – Powiodła wzrokiem po kręgu obcych twarzy. To wszystko takie… głupie. – Nawet nie wiem, gdzie jestem.
– Pewnie ma wstrząśnienie mózgu – odezwała się któraś podekscytowana. – Ludzie ze wstrząśnieniem mózgu są oszołomieni i zdezorientowani.
– O, znalazła się pani doktor!
– Dopiero co skończyłam kurs pierwszej pomocy. Zapamiętałam dokładnie to określenie: oszołomieni i zdezorientowani. Nie wolno dopuścić do powstania ucisku na mózg. To bardzo niebezpieczne.
Instruktorka z przerażoną miną pogładziła Alice po ramieniu.
– Ojejciu, złotko. Niewykluczone, że masz minimalne wstrząśnienie mózgu – powiedziała aż nazbyt donośnym głosem.
– Owszem, ale to nie powoduje głuchoty – warknęła Jane. Pochyliła się nad Alice i zaczęła łagodnie tłumaczyć. – Nie niepokój się. Jesteś na siłowni, przyszłaś na piątkowe zajęcia stepu. Te, na które od lat próbowałaś mnie zaciągnąć, pamiętasz? Szczerze powiedziawszy, nie rozumiem, co ty w tym widzisz. Tak czy inaczej, zaliczyłaś efektowną wywrotkę i uderzyłaś się w głowę. Nic poza tym. Wszystko będzie dobrze. Tylko dlaczego się nie przyznałaś, że spodziewasz się dziecka?
– Co to są piątkowe zajęcia stepu? – zapytała Alice.
– Och, jest naprawdę fatalnie. – Jane była przejęta sytuacją.
– Przyjechała karetka! – krzyknął ktoś.
Instruktorka błyskawicznie odżyła. Poderwała się i rozpędziła kobiety niczym dzielna gospocha.
– Wystarczy, dziewczyny. Zróbmy przejście dla ratowników, dobra?
Jane wciąż klęczała przy Alice, z roztargnieniem poklepując ją po ramieniu. Nagle przestała.
– No nie. Dlaczego tobie zawsze się musi poszczęścić?
Alice przekręciła głowę i zobaczyła dwóch mężczyzn w granatowych kombinezonach. Szli w jej stronę ze sprzętem pierwszej pomocy. Zażenowana, próbowała usiąść.
– Leż, skarbie, nie ruszaj się! – zawołał wyższy.
– Wygląda zupełnie jak George Clooney – szepnęła jej do ucha Jane.
Miała rację. Alice od razu poprawił się nastrój. Poczuła się, jakby ocknęła się na planie Ostrego dyżuru.
– Cześć. – George Clooney przykucnął przy nich z dłońmi między kolanami. – Jak masz na imię?
– Jane – przedstawiła się Jane. – Ach, ona. Alice.
– Jak brzmi twoje pełne imię i nazwisko, Alice? – Delikatnie wziął ją za nadgarstek i przycisnął dwoma palcami tętno.
– Alice Mary Love.
– Przewróciłaś się, tak, Alice?
– Podobno. Nie pamiętam.
Łzy wezbrały jej pod powiekami i poczuła się wyróżniona, jak zawsze, gdy rozmawiała z osobą mającą choćby nikły związek z medycyną – nawet z farmaceutką w aptece. Winiła za to matkę – w dzieciństwie za bardzo chuchała i dmuchała na dzieci. Alice i Elisabeth wyrosły na okropne hipochondryczki.
– Wiesz, gdzie jesteś? – drążył George.
– Podobno na siłowni.
– Przewróciła się, ćwicząc na stepie. – Jane przez koszulkę poprawiła ramiączko stanika. – Widziałam. Zrobiła imponujące salto w tył i wyrżnęła głową w podłogę. Straciła przytomność na jakieś dziesięć minut.
Podeszła bliżej maniaczka stepu. Alice patrzyła na dyndający koński ogon, długie smukłe nogi i twarde, rzeźbione mięśnie brzucha.
– Przypuszczam, że na chwilę się rozproszyła – zwróciła się maniaczka stepu do George’a Clooneya konfidencjonalnym szeptem „między nami, zawodowcami”. – Nie polecam tych zajęć ciężarnym. Przed rozpoczęciem kursu pytałam, czy któraś nie spodziewa się dziecka.
– Który to tydzień, Alice? – spytał George.
– Trzynasty – odparła po sekundzie. – To znaczy, czternasty. Jestem w czternastym tygodniu.
Jakieś pół miesiąca temu zgłosiła się na badanie USG po dwunastym tygodniu. Rodzynek zrobił wtedy dziwnego fikołka, podobnego do figury tańca disco. Zupełnie jakby ktoś dźgnął go w plecy. Później Nick i Alice bawili znajomych, próbując odtworzyć ten ruch. Wszyscy uprzejmie chwalili i przyznawali, że to niezwykłe.
Położyła dłoń na brzuchu i dopiero wtedy dostrzegła, co ma na sobie. Adidasy i białe skarpetki. Czarne szorty i kusą żółtą koszulkę z błyszczącą naklejką ze złocistej folii. Przedstawiała, zdaje się, dinozaura z dymkiem, w którym było napisane: „Dinozaury wymiatają”. Wymiatają?!
– Co to za ciuchy? – zwróciła się oskarżycielskim tonem do Jane. – To nie są moje ubrania.
Jane spojrzała na George’a, unosząc brwi.
– Do mojej koszulki przyczepił się jakiś dinozaur. – Alice była oburzona.
– Jaki mamy dziś dzień tygodnia, Alice?
– Piątek – odparła pewnie. Trochę oszukiwała. Wykorzystała wzmiankę Jane o „piątkowych zajęciach stepu”. Cokolwiek by to znaczyło.
– Pamiętasz, co jadłaś na śniadanie? – George delikatnie dotykał jej czaszki. Drugi ratownik owinął jej wokół ramienia rękaw i zaczął pompować ciśnieniomierz.
– Tost z masłem orzechowym? – strzeliła, bo właśnie to najczęściej jadała.
– Nie wie, co jadłaś – wtrąciła się Jane. – Próbuje tylko ustalić, czy pamiętasz, co to było.
Rękaw ciśnieniomierza zaciskał się wokół ramienia Alice.
George usiadł na piętach.
– Bądź tak miła, Alice, i zechciej powiedzieć, jak się nazywa nasz zacny premier?
– John Howard. – Miała nadzieję, że to ostatnie pytanie z polityki, bo ta stanowiła jej piętę achillesową i nieodmiennie budziła w niej przerażenie.
Jane prychnęła z mieszanką pogardy i rozbawienia.
– Och. Przecież chyba wciąż jest premierem, prawda? – Alice najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Latami będą jej to wypominać. Och, Alice, naprawdę nie znasz nazwiska premiera? Czyżbyś przeoczyła wybory? – Jestem przekonana, że nim jest.
– A który mamy rok? – George nie wydawał się tym poruszony.
– Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy – odparła pewnie Alice. Tu nie miała cienia wątpliwości. Dziecko urodzi się w przyszłym, dziewięćdziesiątym dziewiątym.
Jane zakryła usta dłonią. George chciał coś powiedzieć, ale go powstrzymała. Położyła rękę na ramieniu Alice i bacznie się jej przyglądała oczami okrągłymi z podniecenia. Na koniuszkach rzęs drżały drobinki tuszu. Połączenie lawendowego dezodorantu i czosnkowego oddechu zwalało z nóg.
– Ile masz lat, Alice?
– Dwadzieścia dziewięć, Jane. – Dramatyczny ton koleżanki działał jej na nerwy. O co jej chodziło? – Tyle samo co ty.
Jane odchyliła się i triumfująco spojrzała na George’a Clooneya.
– Właśnie dostałam zaproszenie na jej czterdzieste urodziny – oznajmiła.
To było tego samego dnia, kiedy Alice Mary Love poszła na siłownię i nieopatrznie wyrzuciła z życia jedną dekadę.
Kilka dni z życia Alice
Na każde złe wspomnienie przypada też jedno szczęśliwe. Gdy Alice Love odzyskuje przytomność po wypadku, jej pierwsza myśl to: „Czy nic się nie stało dziecku?” Wydaje się jej, że ma 29 lat, niedawno wzięła ślub z mężczyzną, którego kocha do szaleństwa, i jest z nim w ciąży. Kompletnie nie pamięta ostatniej dekady swojego życia: w rzeczywistości dobiega czterdziestki, jest matką...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio