Prolog
W starej kozie strzelały polana, a na zewnątrz szumiał wiatr.
Spojrzała na twarz męża. Była całkowicie pokryta sadzą. Podobnie jak szyja, kark, dłonie i ramiona. Włosy przypominały posklejane z gałązek gniazdo, a sztywna broda pędzel pokryty zaschniętą smołą. Jedyne dwa białe punkty kryły się pod krzaczastymi brwiami, które przydawały mu iście diabelskiego charakteru.
Uśmiechnęła się życzliwie, ale mężczyzna nie zareagował. Wiedziała, co to oznacza, bo znała go od lat, i nawet jeśli trudno było cokolwiek wyczytać z pokrytej skorupą twarzy, nie miała najmniejszych wątpliwości, że jego głowę zaprzątają ponure myśli. W lekko drżących tęczówkach odbijały się dwa płomyki stojącej na ławie lampy naftowej. Mężczyzna wyglądał i cuchnął, jakby wrócił z czeluści samego piekła.
Dotknęła jego czoła mokrą szmatą i starła wierzchnią warstwę sadzy. Materiał natychmiast zmienił barwę, więc umoczyła go w wiadrze z wodą, żeby wytrzeć mężowi skronie, policzki i nos. Nie oponował. Poddawał się jej woli. Siedział niemal nieruchomo, tylko od czasu do czasu nalewał sobie kieliszek samogonu. Wychylał go, po czym zastygał w tej samej pozycji i patrzył w mrok za przydymionym oknem.
– Co cię trapi, mężu? – zapytała kobieta, muskając mokrą szmatą jego mięsiste usta.
Mężczyzna uniósł wzrok. W jego tęczówkach znów zapłonął ogień z lampy naftowej.
– Źle się dzieje – wymamrotał i nalał sobie kolejny kieliszek wódki. Wypił. Zapalił papierosa bez filtra. Zaciągnął się i wydmuchał gęstą chmurę dymu. Spojrzał w twarz żony. – Ale nic to. Nie nasza to sprawa. Niech się żrą – dodał, po czym przeniósł spojrzenie na dwójkę śpiących pod kocami dzieci.
Dziewczynka miała trzy latka i zapleciony przez żonę kruczoczarny warkoczyk, a chłopczyk zaledwie dziewięć miesięcy i dopiero pierwsze cienkie włosy nad uszami. Urodził się w lutym, w najtęższe mrozy, ale choć Bóg naznaczył go grzechem, chłopak na przekór przeciwnościom losu przetrwał, okrzepł i rósł jak na drożdżach. Gehenna żony, która pomimo nabrzmiałych od mleka piersi nie była w stanie go wykarmić, odeszła w niepamięć, tak jak z czasem w niepamięć odchodzą rzeczy wstydliwe albo złe.
Ale to nie był czas, aby do tego wracać.
Mężczyzna pozwolił żonie obmyć resztę swego ciała. Gdy uznał, że wystarczy, zaciągnął się raz jeszcze, wypił kolejny kieliszek i wytarł dłonie w jedną ze szmat. Zgasił peta w szklance z wodą i pożądliwym wzrokiem omiótł pierś żony, którą ta filuternie wysunęła zza głębokiego dekoltu halki w kolorowe kwiaty. Skóra lśniła kropelkami potu, była delikatna, pachnąca i niezwykle kusząca. Ścisnął ją w palcach, po czym przyssał się do sutka niczym głodne niemowlę. Kobieta jęknęła i jeszcze mocniej przycisnęła jego głowę do swojego ciała, a gdy poczuła dłonie męża na pośladkach, splunęła w dłoń i wtarła ślinę w okolice krocza. Wślizgnęła się udami na jego uda i już miała opaść na sterczące przyrodzenie, gdy miłosne igraszki przerwało głośne szczekanie dobiegające z podwórza. Atmosfera pożądania prysła jak bańka mydlana. Mężczyzna gwałtownie wysunął się spod partnerki, klnąc pod nosem.
– Kogo tu, u diabła, licho niesie o tej porze? – warknął poirytowany. Z powrotem naciągnął majtki i wyjrzał przez okno. W oddali dostrzegł sunące przy ścianie lasu pochodnie.
– Kto to? – zapytała niepewnie kobieta. W jej głosie można było wyczuć narastający niepokój.
– Ludzie – odparł.
– Jacy ludzie?
– Źli ludzie. Moja wintówka?
– W sieni.
– Czekaj tu, pilnuj dzieci, nie wychodź. Ja się tym zajmę.
– Ale…
– Rzekłem!
Ton męża nie pozostawiał pola do dyskusji. To on zawsze podejmował istotne decyzje, bo taka była jego rola. W wyklętej rodzinie od lat panował wyraźny podział obowiązków, a zasady były rygorystyczne, sztywne i niezmienne. Kobieta zajmowała się chałupą i dziećmi, a mężczyzna zarabiał na chleb ciężką pracą przy wypalaniu węgla drzewnego. I choć jej natura nie zawsze współgrała z filozofią głowy rodziny, to nie miała większego wyboru, a uczucie, jakie z czasem zrodziło się między nimi, sprawiło, że przyswoiła system wartości męża i po pewnym czasie się w nim rozsmakowała, przeszłość i tradycję przodków zamykając w jednej z licznych szufladek na dnie serca, gdzie kryją się najbardziej dyskretne i intymne kobiece tajemnice.
Kobieta obserwowała, jak mąż pospiesznie wkłada spodnie i kufajkę i wsuwa na nogi kalosze. Miał silne, poznaczone śladami po oparzeniach ramiona, na których, niczym pajęczyna, snuła się siatka niebieskich żył. Jędrne pośladki i mocne nogi świadczyły o krzepie i witalności, a dwie krągłe blizny w okolicach prawej łopatki były dowodem niespotykanej woli życia. Co z tego, gdy teraz bała się o niego bardziej niż kiedykolwiek. Ludzie z gruntu byli źli, dlatego mąż rzadko musiał ich dookreślać. Dziś wyartykułował to bardzo wyraźnie. Do ich domu szli „źli ludzie”. I na pewno nie mieli względem nich dobrych zamiarów.
– Mężu… – jęknęła, gdy otworzył drzwi, ale mężczyzna posłał jej tylko krótkie spojrzenie, a następnie z wintówką w ręku opuścił naprędce sklecony barak.
To, co ujrzała później, śniło jej się przez następne miesiące i lata. Często po zmroku słyszała wrzaski i budziła się zlana potem, a nawiedzające ją duchy każdej nocy złośliwie przypominały o tym, co wydarzyło się tamtej straszliwej nocy. Nie potrafiła też tak namiętnie kochać się z mężem, a jego dotyk zamiast wzbudzać rozkoszne dreszcze, przypominał tarcie skóry papierem ściernym. W wyklętej rodzinie pojawiła się rysa, która z każdym dniem, tygodniem i miesiącem coraz bardziej się pogłębiała, aby w końcu przeobrazić się w rów wypełniony ludzką niegodziwością, bezeceństwem i podłością.
A to i tak był dopiero początek bezdennego koszmaru…
Smolarz
POWRACA PRZERAŻAJĄCA BIESZCZADZKA LEGENDA W Bieszczadach dochodzi do zaginięcia dwóch turystek. Z powodu tragedii ożywa legenda o ponurym smolarzu. Dręczony wyrzutami sumienia Igor Brudny, który w górach próbował odzyskać spokój, wbrew sobie angażuje się w sprawę. Gdy podejrzenie pada na jego sąsiada, zajmującego się wypałem drewna Samuela, komisarz jako jedyny kwestionuje je...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book · audio