I
Skrzypienie śniegu kłuło w uszy, prawie biegłem, już nie mogłem się doczekać, aż dotrę na miejsce. Zapadałem się przy każdym kroku i sapałem jak wół. Lał się ze mnie pot.
I świetnie, w ostatnich tygodniach nie spotkało mnie nic lepszego!
Każde skrzypnięcie oznaczało, że jestem o kilkadziesiąt centymetrów dalej od miasta.
Nie mogłem już tam wytrzymać, choć próbowałem i starałem się z całego serca, ale bez skutku. Naprawdę nie dałem rady, a świętowanie Bożego Narodzenia w takich warunkach przekraczałoby moje siły.
Każda godzina spędzona z Natalią w naszym wspólnym mieszkaniu kosztowała mnie mnóstwo wysiłku. W porównaniu z tamtym życiem brodzenie w śniegu było przyjemnym niedzielnym spacerkiem. Nie żałowałem wylanego potu, wykorzystania ostatnich dni urlopu, nie smuciło mnie, że święta spędzę samotnie i że przez najbliższy tydzień nie zamienię z nikim ani słowa. Niczego nie żałowałem, wręcz przeciwnie, czerpałem energię z każdego haustu mroźnego powietrza.
Słowo „rozwód" na razie między nami nie padło. Przynajmniej nie na głos, ale w myślach pojawiało się codziennie. Nasze małżeństwo nie było złe, bynajmniej, pierwsze trzy lata po ślubie minęły bez problemów. Dopiero potem coś się spieprzyło, w sumie nie wiem co – nagle pojawiły się zgrzyty, a próby naprawienia związku nie skutkowały, wręcz przeciwnie: im bardziej się staraliśmy, tym gorzej układało się między nami. Ostatnie półrocze było prawdziwym czyśćcem. A właściwie to mam gdzieś te wszystkie ostrożne sformułowania: nie czyśćcem, tylko piekłem!
Kłóciliśmy się prawie codziennie. Nie chcieliśmy tego, oboje pragnęliśmy chwili spokoju, choćby krótkiej chwili, bo przecież padaliśmy z wyczerpania. Lecz kiedy tylko zostawaliśmy w mieszkaniu sam na sam, powietrze zaczynało drżeć, atmosfera gęstniała. Nie potrzebowaliśmy wiele czasu – zazwyczaj już po kilku minutach, a jeśli oboje zagryzaliśmy zęby, to po kilku godzinach – cicha nerwowość zmieniała się w niezadowolenie, a niezadowolenie w opryskliwość.
Wkurzał mnie każdy ruch Natalii, każdy oddech i każde słowo wypuszczane z ust. Ona czuła wobec mnie to samo, przeszkadzałem jej cały, całkowicie. Prędzej czy później któremuś z nas puszczały nerwy, rzucałem jakąś nieprzyjemną uwagę, a czasem obywaliśmy się nawet bez tego. Wystarczało jedno zwyczajne słowo wypowiedziane czepialskim tonem i już zaczynał toczyć się kamyczek zmieniający się po kilku minutach w lawinę i gwałtowną, pełną nienawiści, wyczerpującą kłótnię. Za każdym razem tak samo.
Dwoje dorosłych ludzi, którzy nie chcą się kłócić. Klik, przewinięcie o cztery minuty do przodu – dwie niepanujące nad sobą istoty pozbawione wszelkiej godności, wykrzykujące najgorsze, najohydniejsze obelgi, trzaskające drzwiami, a w razie potrzeby tłukące wazy, szklanki lub talerze.
Próbowałem zawrzeć z Natalią rozejm, dałem jej do przeczytania poradnik małżeński, ale rzuciła nim we mnie tak mocno, że róg twardej oprawy zranił mnie do krwi.
Przyznaję – bo przecież teraz, kiedy idę po zaśnieżonym zboczu, mogę sobie na to pozwolić – że zacząłem bać się żony. Nieważne, że to ja jestem facetem, po prostu się bałem. Stawała się coraz bardziej agresywna i rzucała we mnie coraz bardziej niebezpiecznymi rzeczami. Kilka razy obudziłem się na kanapie w pokoju dziennym i widziałem, że Natalia stoi na progu. Po prostu stała i patrzyła na mnie. W koszuli nocnej, o drugiej w nocy. Kiedy zauważała, że nie śpię, odwracała się bez słowa i wracała do sypialni.
Myślałem o jej mściwości, opowiadała mi o niej na początku naszego związku. Z mojej pamięci wynurzały się opowieści o tym, jak na wycieczce w liceum wylała kolegom cały alkohol lub jak w internacie zalała pokój wkurzającym ją dziewczynom. Niezłe numery – myślałem wtedy. Ale teraz nie wydawały mi się już takie zabawne. Strach przed uśnięciem we własnym mieszkaniu, budzenie się z niespokojnego snu i sprawdzanie, czy w drzwiach nie stoi postać w koszuli nocnej, nie należą do najlepszych rozrywek.
Niepokój i potyczki słowne wyczerpywały mnie, nie mogłem się przez nie skupić. A zarabiam na życie właśnie myśleniem. Niektórzy uważają, że praca scenarzysty to łatwizna – siedzenie w ciepełku, stukanie w klawiaturę i zgarnianie za to olbrzymiej kasy. Jasne. Takim ludziom życzyłbym, żeby potyrali sobie trochę przy serialu z codzienną emisją. Opracowywali wszystkie wątki, tworzyli codzienną porcję emocji i dramatów, ale odwracalną i niezbyt wielką, przecież serial nie może zdenerwować widzów, musi trwać, wciąż niezmienny, a jednocześnie codziennie inny. Dziesiątki, czasem setki odcinków, teoretycznie w nieskończoność. Panie i panowie, spróbujcie sami, spróbujcie coś stworzyć, mądrale, kiedy w głowie wam huczy, palce drżą, a wskutek stresu małżeńskiego serce zaczyna walić przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Na przykład kiedy żona wstaje zaparzyć wam herbatę. Ziołową, bez cukru i miodu, bo wnętrzności macie rozstrojone i każdy dodatkowy składnik mógłby spowodować skurcze lub sprint do toalety.
Nie wyrabiałem, przysięgam, musiałem wyjechać. Nie zrobiłem tego tylko dla siebie, Natalia była w podobnym stanie, też ciągnęła resztką sił. Tyle że kiedy ja popełniałem błąd w pracy, producentka odrzucała mój scenariusz i po prostu nie zarabiałem ani grosza. Ale gdyby błąd popełniła Natalia, skutki mogłyby być dużo poważniejsze. Pracowała w aptece jako farmaceutka – wydawała leki na receptę, przygotowywała różne ohydztwa, ekstrahowała substancje lecznicze. Kilka razy widziałem to w jej małym laboratorium na zapleczu. Zawsze mnie to wzruszało – jej skupienie i precyzja mnie zaskakiwały. Kiedy stała tam w białym fartuchu i rozdrabniała w moździerzu zioła, znów mógłbym się jej oświadczyć. Bez względu na wszystko. Bez względu na ostatnie półrocze.
Czy mnie nienawidziła? Nie wiem, chyba darzyliśmy się nawzajem podobnymi uczuciami. Czasem było to straszne chamstwo, wręcz nienawiść, a kiedy indziej intensywne przebłyski miłości. Żona nawet po gwałtownej kłótni zawsze przynosiła mi z apteki herbatę ziołową na żołądek, coś na uspokojenie i krople nawilżające, bo oczy wysychały mi od ciągłego ślęczenia nad scenariuszami. Nie, nie bądź śmieszny, nie mogłaby mnie otruć. Wprawdzie taka możliwość przyszła mi do głowy, ale Natalia nie jest aż taką bestią. Przynajmniej kiedyś nie była, teraz nie jestem już tego taki pewien.
I właśnie dlatego spakowałem się i wyjechałem. Potrzebuję odpoczynku, oddam pół królestwa za kilka dni relaksu. Wrzuciłem do plecaka trochę suchego prowiantu, żeby przetrwać w nieprzyjaznych warunkach, kosmetyczkę, kilka sztuk bielizny, dres, podkoszulki, sweter, butelkę nafty, zapałki, notes i dyktafon, a do plecaka przywiązałem śpiwór. Nie potrzebowałem nic więcej. Resztę ubrań włożyłem na siebie – w góry chodziliśmy często, nawet zimą, wiedziałem, jak się przygotować. Kiedy już wychodziłem z mieszkania, stanąłem w progu. Odezwało się we mnie jakieś przeczucie. Chciałem je zlekceważyć i wreszcie uciec od tych brzęczących ścian, ale zwyciężyło moje tchórzliwsze ja. Wróciłem do pokoju dziennego, otworzyłem sejf i wyciągnąłem matowy rewolwer Taurus z krótką lufą. Sprawdziłem bębenek, było w nim pięć naboi o kalibrze 0,38 mm.
Może się przydać – pomyślałem i dorzuciłem broń do plecaka.
Ciemność
Scenarzysta serialowy postanawia spędzić Boże Narodzenie w górskiej chacie, by uciec od problemów w domu i w pracy. Jedno pozornie niegroźne zdarzenie zmienia jego pobyt w cyklon porywający głównego bohatera i czytelników! Jozef Karika - słowacki mistrz grozy. Jego powieść Szczelina przekroczyła nakład stu tysięcy egzemplarzy. Stała się najpopularniejszą książką w historii lite...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book