Maycomb było stare, ale gdy ja je poznawałam – było już nie tylko stare, ale i zmęczone. W deszczowe dni ulice zmieniały się w rdzawe strugi błota, chodniki porastały trawą, a budynek sądu przy głównym placu zapadał się w sobie. Mam wrażenie, że było wtedy goręcej: czarny kundel cierpiał w letnie dni, kościste muły zaprzężone do dwukółek oganiały się od much w nie przynoszącym chłodu cieniu dębów rosnących na placu. Sztywne kołnierzyki panów miękły już o dziewiątej rano. Panie, które brały kąpiel przed południem i po popołudniowej drzemce, o zmroku przypominały już rozmiękłe ciastka z lukrem z potu i wonnego talku.